Recenzyjnie – „Echa” Michał Cholewa

Recenzyjnie – „Echa” Michał Cholewa

Najnowsza książka Michała Cholewy moim okiem.

Kiedy dwa tygodnie temu otrzymałem od wydawnictwa Warbook najnowszą książkę Michała Cholewy podchodziłem do niej dość sceptycznie. Militarne SF kojarzy mi się przede wszystkim ze „Starship Troopers” Heinleina. Nie żebym nie lubił autora. Po prostu do nowych rzeczy podchodzę ostrożnie, jak pies do jeża. Niemniej skusiłem się na sprawdzenie autora i tu spotkało mnie pierwsze miłe zaskoczenie. Michał Cholewa jest synem Piotra W. Cholewy znanego choćby z tłumaczeń Pratchetta. Jest również laureatem nagrody im. Janusza A. Zajdla za 2014 rok. Niezłe referencje, mnie zaczynały powoli przekonywać.

Książka, po szybkim przekartkowaniu i zapoznaniu się z tekstem reklamowym na okładce trafiła do mojego plecaka sklasyfikowana jako „czytadło do tramwaju”. Mamy tu do czynienia ze zbiorem opowiadań osadzonych w autorskim uniwersum. Stanowią one rozwinięcie świata znanego (nie mi) z cyklu „Algorytmu Wojny”. To własnie za trzecią część tego cyklu uhonorowano pana Cholewę tzw. „Zajdlem”.

Znowu Terminator?

Niby tak, jednak nie do końca. Świat przedstawiany przez Michała Cholewę to bardzo interesujący mariaż space-opery, science-fiction i postapokalipsy. Ludzkość nieomal wyginęła w jednym tzw. „Dniu”, kiedy to wszelkie Sztuczne Inteligencje i im poddane mechanizmy zbuntowały się i załatwiły tejże traumę na następne stulecia. „Echa” opowiadają sześć niepowiązanych ze sobą historii, które łączy uniwersum.

Spieszę donieść, że fani czytania o wielkich karabinach, kosmicznych starciach i gigantycznych termonuklearnych eksplozjach antymaterii raczej będą zawiedzeni (ok, karabiny są, eksplozje w sumie też). Opowiadania wpadają raczej w klimaty znane mi z SF lat ’80, jednak bez tego hurraoptymizmu charakteryzującego tamte czasy.

Mamy tu więc historie ludzi porzuconych po wydarzeniach „Dnia” samym sobie, niekiedy na pokładzie stacji kosmicznej, niekiedy w niewielkiej kolonii o swojsko brzmiącej nazwie „Łeba”. W jednym z opowiadań mamy szansę spojrzeć na naszą staruszkę Ziemię oczami cywila, porzuconego na pastwę losu podczas zimowych ferii w Finlandii, w kilka godzin po feralnych wydarzeniach „Dnia”. Jeszcze inne opowiada historię członka załogi jednego z okrętów, dryfujących gdzieś po bezmiarze kosmosu i wszystko byłoby normalne, gdyby nie fakt, że cała załoga wyznaje SI zarządzającą ich statkiem. SI oczywiście nie ma nic przeciwko.

Zupełnym majstersztykiem jest ostatnie z opowiadań, gdzie do jednej z baz wojskowych Unii Europejskiej przybywa niezapowiedziana kontrola. Personel bazy jest raczej z tych luźno podchodzących do zasad regulaminu, więc dwoi się i troi by ich wszystkie kombinacje i przekręty nie wyszły na jaw. M*A*S*H w wydaniu kosmicznym, a samo opowiadanie czyta się z ciągłym cieniem uśmiechu, przerywanym niekiedy jego głośniejszymi wybuchami.

Czy warto?

Niewątpliwie. W tym miejscu muszę uderzyć się w pierś i przeprosić zarówno wydawnictwo, jak i autora za podejście do zbioru „Echa” jak do typowego czytadła. Widać, że Michał Cholewa świetnie czuje się w krótkich formach, zarówno tych o poważnej tematyce jak i lżejszych. Znajomość uniwersum nie jest wymagana, a same opowiadania mogą świetnie wprowadzić nowego czytelnika w świat w nich kreowany.

Z zadowoleniem muszę przyznać, że podczas tramwajowej lektury raz przydarzyło mi się przegapić mój przystanek, a niejednokrotnie opowiadania zainteresowały mnie tak bardzo, by po powrocie do domu wybrać książkę nad malowanie, czy XCOM 2.

Autorowi szczęśliwie udaje się uniknąć moralizatorstwa, a zwroty akcji są dość niespodziewane. Same koncepty niekoniecznie są świeże, niemniej sposób ich przedstawienia i wykorzystanie niektórych pomysłów powodują, że po lekturze miałem zawsze lekkie uczucie niedosytu, tak charakterystyczne dla dobrej opowieści.

Ja sam już wziąłem się za tom pierwszy cyklu, czyli „Gambit” i po cichu liczę na tony inspiracji do fabularyzowanych scenariuszy do Infinity. Tymczasem zmykam do lektury, a Was drodzy czytelnicy serdecznie namawiam, bo warto!

Za udostępnienie książki do recenzji serdecznie dziękujemy wydawnictwu WarBook