"Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Opisy waszych bitew. Dyskusja nad światem przedstawionym.
Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

"Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#1 » wt sty 16, 2018 9:56 pm

.....LA-XII zwana przez odwiedzających ją handlarzy „Last Promise” była niewielkim, zielonym zakątkiem, na którym życie miało swój spokojny, bezproblemowy bieg.
Ludzie mieszkający na LA, przez wieki byli odcięci od reszty imperium, ich kultura i technologia uległy degradacji, ich filozofia i religia wróciły do podstaw ludzkiego bytowania. Cenili przetrwanie bardziej, niż sposoby do niego prowadzące. Jednak taki stan rzeczy nauczył ich jednego, życie jest cenne, nieważne czy swoje, czy kogoś obcego. Na LA-XII Last Promise wszyscy byli równi, potrzebni i cenni.
.....W ciągu kilku ostatnich lat, gdy za sprawą burzy w osnowie, maska zakłóceń została zdjęta z systemu gwiezdnego LA-01, Imperium dowiedziało się o jego istnieniu. Pierwszymi zwiadowcami jak zwykle byli szmuglerzy, handlarze i łowcy nagród. Ich odwiedziny były szokiem dla mieszkańców LA, których wiara i kultura zostały zachwiane. Ich życie i sposób w jaki je pielęgnowali, nagle zostały zagrożone, sponiewierane przez imperialne dogmaty.
Ludzie z Last Promise nie chcieli tego, nie chcieli intruzów, ich brudu, zakłamania, błyskotek, obietnic i gróźb. Byli jednak zbyt słabi, ich ciężkie, stalowe napierśniki nie zatrzymywały wiązek laserów, ich strzały nie przebijały kamizelek kuloodpornych, ich włócznie i kopie łamały się na kadłubach pojazdów intruzów. Byli bezbronni i w obliczu zagłady swojego „Ja”, swojej świadomości i jestestwa, zwrócili się z prośbą do jednego ze swoich bogów, by zesłał na nich łaskę. Tzeentch ich wysłuchał.
******************************

.....Zarówno legion Festermusa jak i kohorta Octaviusa, znalazły się w pobliżu LA-01 przypadkiem. Ich okręty gwiezdne wyskoczyły z Immaterium wpadając niemal na siebie i choć nie było początkowo takiej potrzeby, ani konieczności, wkrótce wybuchła między nimi walka, przeradzająca się w ciężką, wyniszczającą wojnę.
Niestety, tak jak Khorne nie patrzył wtedy przychylnym wzrokiem na neofitę Octawiusa, tak samo Nurgle nie zauważył nawet, poczynań swojego Blightbringera Festermusa.
Obaj przywódcy dopiero co dorwali się do władzy, obaj przez rzekę krwi dotarli na swoje trony i obaj, zachłyśnięci sukcesem, mieli chrapkę na więcej.
.....Obydwaj przed pojawieniem się w LA-01 mieli podobną wizję, zielona planeta opanowana przez twardego przeciwnika, godnego, by po jego zbroczonym krwią truchle, dostać się do panteonu władców niezwyciężonych. Obaj mieli umysły zasnute niejasnymi wizjami, obaj święcie wierzyli, aż do tej chwili, że to ich bogowie zsyłają im znaki, oczekując na okazanie im czci i ofiar.
.....Obie strony nie były zbyt liczne, Death Guard Festermusa liczyli zaledwie kilkuset marines, kohorta Octawiusa, choć dziesięć razy liczniejsza, składała się prawie w całości z kultystów, heretyków i mutantów. Bitwy nie obfitowały w sprzęt i ograniczały się do szybkich wypadów, kontrataków i pułapek. Nie zorganizowano walnej bitwy, zamiast tego, obie strony rozproszyły się po planecie, tocząc wojnę na wyniszczenie. Festermus z Octaviusem natomiast, polowali na siebie usilnie i w końcu spotkali się oko w oko nad prześlicznym jeziorem, usytuowanym u podnóża wysokiego pagórka.
.....Walczyli niemal dwa dni, ich wojownicy ginęli jeden za drugim, a oni brnęli przez stosy ciał, wykrzykując w swoim kierunku wyzwiska i obelgi. Kiedy ich oręże w końcu się skrzyżowały, pozostali nieomal sami na placu boju.
Ich umiejętności zdumiewały, ich waleczność przyprawiała o osłupienie, a siła i zaciekłość mroziły krew w żyłach. Walczyli z honorem, na minimalnym dystansie, bez strzelania, bez magii, tylko siła, zręczność i spryt.
.....Upływały minuty, żaden z wojowników nie potrafił uzyskać przewagi, ich niespożyte siły zaczęły z wolna topnieć, tak jak i cierpliwość. Co chwilę, któryś z nich rzucał ukradkowe spojrzenie na leżące w pobliżu karabiny i pistolety.
Dokładnie w momencie, gdy Festermus sięgnął po bolter leżący u jego stóp, tafla jeziora zafalowała i obu walczącym ukazał się niesamowity widok.
.....Woda w jeziorze zawrzała, zamieniając się w bulgocącą, gęstniejącą krew. Na samym środku tego szkarłatnego wrzątku, pojawiły się gałęzie spróchniałego, pokrytego zielonym szlamem drzewa. Konary wielkiej rośliny rzuciły cień na walczących, którzy na chwilę opuścili broń i patrzyli z niedowierzaniem na widowisko, które na ich oczach zamieniało się w najprawdziwszy, boski znak.
Drzewo ugięło się nagle, jakby usiłowało się schować przed czymś, co nadlatuje z góry. Czerwona maź również zachowała się, jakby chciała odpłynąć w jeden kraniec jeziora i wtedy na ułamek sekundy, nad taplającym się we krwi zgniłym drzewem, zawisło błękitne oko, które zmieniło się w wiązkę energii, przepaliło się przez pień drzewa i uderzyło w krwawą taflę, rozbryzgując ją na boki.
.....Czempioni jednocześnie poczuli okropny ból i zawroty głowy, gdy obca jaźń widocznie słabła i z niechęcią opuszczała ich umęczone umysły. Jednocześnie zrozumieli co zobaczyli, co się z nimi działo przez ostatnie dni i do czego doprowadziły manipulacje, którym tak łatwo się poddali.
Wszystko co osiągnęli, siłę którą zdobyli, władzę, którą posiedli, zaprzepaścili służąc fałszywemu bogu. Wykonywali ślepo polecenia Tzeentcha myśląc, że to ich własni bogowie zsyłają im wizje i wskazówki, jak stać się jeszcze potężniejszymi i niezwyciężonymi.
Tymczasem stali pośród ciał swoich podkomendnych, martwego świadectwa swoje niegdysiejszej potęgi, teraz, stanowiących jedynie gnijący pomnik ich dumy i naiwności jednocześnie.
.....Dopiero teraz, gdy wraz z ich umysłami, czempionom otwarły się uszy, dotarły do nich meldunki wykrzykiwane w eter z topniejącą częstotliwością.
Wiadomości z początku były nieskładne, niejasne i mylące, ale dla marines wystarczyła chwila skupienia, by wyłowić z tego szumu jedną, najważniejszą informację.
Nie byli sami, na LA-XII był ktoś jeszcze.
Czempioni spojrzeli na siebie, po czym jednocześnie zwrócili się w kierunku, z którego dochodził ich uszu niesamowity dźwięk. Dźwięk, którego nie można było pomylić z niczym innym, dźwięk tysięcy gardeł, wyjących w rytm uderzeń prymitywnej broni o prostackie pancerze.

Grot grot jest supa mały!
Jeb jeb w ryj tempej pały!
Flaki fruwajo muzgi latajo!
Chopaki bitkem tu dzisiaj majo!
Chopaki się bawio chopaki swientujo!
Bo wpierdol komuś w końcu zrychtujo!
Tszask tszask łamanych kości!
Słychać z duszej odległości!
Kto siem odłomczy!
Kto rady ni da!
Ten jest piździolec!
I tempa dzida!


Witam wszystkich i zapraszam do śledzenia zamkniętej minikampanii, w której udział biorą fanatyczny Kolpydnon i jego kolega, niepozorny Omadan.
Będziemy się spotykać raz, dwa razy w miesiącu, żeby udokumentować historię, jaka czeka wspomnianych w opowiadaniu czempionów.
Mam nadzieje, że nasze fotorelacje i raporty, przypadną do gustu lubiącym dobre początki, kiepskie rozwinięcia i tragiczne zakończenia ;)
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
Avatarofhope
Posty: 797

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#2 » wt sty 16, 2018 10:40 pm

Powodzenia! Czekam z niecierpliwością na relacje.

Wysłane z mojego EVA-L09 przy użyciu Tapatalka
These men are my bodyguards, their lives forfeit to the guarantee of my physical safety. Of their loyalty to me there shall be no question nor doubt. No other commander shall they have in battle nor in service. So it is decreed!

Emperor of Mankind

Awatar użytkownika
BuyBack
Posty: 229

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#3 » śr sty 17, 2018 10:11 am

Fajnie, chętnie będę śledzić. A swoja drogą, milo wspominam i trochę brakuje mi kampanii/eventow (Blackswords, kampania Shadow War Kolpydnon ) Ostatnio przy porzadkach odkopałem stare dyplomy i dopadła mnie nostalgia :)

Awatar użytkownika
KolPydnon
Posty: 360

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#4 » czw sty 18, 2018 2:16 pm

Prolog, część I "Dzień Prawdy"

Potężna bazylika, skryta w sercu okrętu flagowego Dies Veritatis pogrążona była w mroku. Opustoszała po nabożeństwie, gromadzącym wszystkich członków Heroldów Aureliana, 78 Zastępu Niosących Słowo. Nawet plugawi kultyści i mutanci, niczym pasożyty kręcący się w każdym zakamarku starożytnego pancernika, byli tu nieobecni. Absolutną ciszę przerywały jedynie potęgowane przez echo dźwięki spadających z ołtarza kropel krwi. Ktoś jednak czuwał, kontynuując swą trwającą od dziesięciu milleniów wartę. Potężny posąg, górujący nad główną ławą, mimo swego absolutnego bezruchu był pełen życia. Zamknięty w swym sarkofagu Mroczny Apostoł Kor Sythor obserwował swe otoczenie, w milczeniu na kogoś oczekując.

W końcu rozbrzmiały kroki niewielkiej grupy Astartes. Nieśmiertelny Prorok wiedział dokładnie, że to uczniowie, na których oczekiwał. Powolne, dudniące tąpnięcia, połączone z miarowym dźwiękiem serwomotorów w pancerzu terminatorskim zwiastowały przybycie Koryfeusza Morpal Kel'a. Spokojne, dystyngowane musiały należeć do Pierwszego Akolity Kol Pydnona. Energiczne, świadczące o poddenerwowaniu - Ust Arcy-Diabolisty, Vocara. Ostatnia z figur, poruszająca się mimo pancerza wspomaganego niemalże bezgłośnie pozostawała w cieniu, ale Kor Sythor doskonale wiedział, że to jego stary przyjaciel - znali się przecież od czasów Wielkiej Krucjaty, okresu złudzeń poprzedzającego Oświecenie.

Członkowie Wewnętrznego Kręgu zgromadzili się wokół swego przywódcy, czekając cierpliwie, podczas gdy starożytne podzespoły Drednota budziły się do życia.

- Witajcie, przyjaciele. Niech Aurelian Wam błogosławi - mimo syntezowanego dźwięku w głosie Mrocznego Apostoła słyszalna była nuta ciepła i życzliwości, niczym w słowach zsyłanych przez Wielkiego Nieczystego - Rozumiem, że brat Vocar ma nam coś do przekazania.
- Tak, Panie. Arcy-diabolista uważa, że musicie zapoznać się z przepowiednią zesłaną przez Władcę Zmian - po czym nie czekając na odpowiedź zaintonował:

Tam, gdzie Osnowa uwolniła Zielony Raj, syn zacietrzewiony, ślepy na Prawdę otrzyma swą ostatnią szansę.
Odnajdzie on swą ścieżkę i poprowadzi Milion lub szczeźnie w niełasce i zapomnieniu.


Nie wiedzieli dlaczego, ale każdy z nich doskonale wiedział o kim była mowa w wizji.

- Zatem wygląda na to, że Octavius już dłużej nie może odwlekać swej decyzji - stwierdził Kol Pydnon
- Ważniejsze jest to, że nasz Zastęp może zostać wzmocniony przez Milion, czymkolwiek, lub kimkolwiek jest - zauważył Vocar
- Wciąż jednak nie chcę zdawać naszych braci na łaskę i niełaskę tego kundla. Jego umiejętności dowódcze zostawiają wiele do życzenia. - powiedział Morpal Kel
- Wola Bogów musi być wypełniona. - zaprotestował Kor Sythor - Ale rzeczywiście młody Octavius nie jest godny, by dowodzić członkami Zastępu. Żaden Neofita nie jest.
- Zatem musi ruszyć sam... - podsumował Koryfeusz - ...i być może zginie, oszczędzając nam zmartwień. - dodał z nadzieją w głosie.
- Wolałbym jednak, gdyby ktoś zaufany miał na niego oko i dopilnował, by osiągnął swój cel. Voross Ehinger byłby idealnym kandydatem - zaproponował Pierwszy Akolita
- Śmiertelnicy zgromadzeni wokół Sztandaru są rzeczywiście godni tego zadania. - z nutą dumy, niczym ojciec chwalący swe dzieci, przyznał Czcigodny Drednot - kapitan będzie w stanie trzymać Octaviusa na krótkiej smyczy.
- Neofita jest zbyt dumny i nie zgodzi się dowodzić taką małą ekspedycją. To tylko tysiąc weteranów... - Vocar wciąż miał wątpliwości
- Gwardia z Finis Ictus jest najlepszym, co możemy posłać. Jako nieliczni zasługują na miano ludzi. Jeżeli taki dar dla Octaviusa to za mało, to nie wiem, co może zadowolić tego nadętego bufona - zaprotestował Kol Pydnon
- Zatem czas posprzątać naszą Świątynię. - z mroku wyłonił się Gedrael

Mimo, że nie był oficjalnie członkiem Wewnętrznego Kręgu od milleniów miał prawo uczestniczyć w obradach. Czempion Strażników Słowa był ceniony przez swoich braci za pragmatyczne, metodyczne, a nade wszystko skuteczne rozwiązania problemów. Jego Wybrańcy oddali Zastępowi niezliczone przysługi, nie tylko w czasie wielkich starć, ale także walcząc ukryci w cieniach, na podobieństwo synów Hydry.

- Octavius jest durniem. Dla niego tysiąc weteranów z ciężkim sprzętem jest wart tyle, co tak samo liczny motłoch. Dajmy mu zatem hordę. Isaurian zauważył, że sektory 125-B, 253-C oraz 254-A są już zanieczyszczone przez pomiot, który wylewa się z ładowni na główny pokład. Chciał wysłać tam członków Popielnego Kręgu, żeby mogli rozpocząć łowy, ale można byłoby to rozwiązać w inny sposób...
- I tak będą mieli co robić, nigdy nie można wyrugować tych pasożytów do końca. A poszukiwanie ukrytych w kątach ścierw będzie dla nich lepszym treningiem, niż mozolna rzeź. Taka jatka po jakimś czasie robi się po prostu nudna i monotonna. - podjął temat Koryfeusz
- A na samym końcu otworzymy śluzy i wyrzucimy resztki i śmieci w próżnię. - podsumował Pierwszy Akolita
- Zatem postanowiono. - przemówił Mroczny Apostoł - młody Octavius ruszy na czele Szkarłatnej Krucjaty. Mój wierny sługa Voross i jego Dzierżący Sztandar będą mu służyli radą i pomocą. Ma też moje pozwolenie by zgromadzić jak największą ilość niewolników, kultystów i mutantów. Co z nimi zrobi - nie jest to już zmartwieniem naszej Rady. A teraz przyjaciele, rozejdźcie się i kontynuujcie swoje obowiązki - ja muszę powrócić do medytacji - chciałbym popracować nad moim kolejnym kazaniem.

Zgromadzeni uklękli, oddając hołd swemu mentorowi i bez słowa opuścili Świątynię. Nie było potrzeby rozmów i dyskusji. Wystarczy, że Kol Pydnon przekaże Neoficie decyzję dowództwa. Lorgar locuta, causa finita.

Prolog, część II "Nieprawdopodobne szczęście"

Skopak dokładnie zlustrował wąski, pogrążony w półmroku korytarz. Na szczęście wydawał się bezpieczny - żadna ze zmutowanych bestii żerujących w tej części okrętu nie uznała go za warty uwagi teren łowiecki. Zresztą on sam był dla nich jedynie niewielką przekąską, która niekoniecznie przykułaby ich uwagę. Nieludź odetchnął z ulgą – szczęście wydawało mu sprzyjać w tym cyklu.

Jego sakwy i kieszenie skrywały jego ostatnią zdobycz. Mutant uśmiechnął się na myśl, o zbliżającej się uczcie. W jednym z opuszczonych magazynów napotkał ślady niedawnego starcia. Wprawdzie gnijące mięso stanowiło podstawę jego diety, ale tym razem zamiast trupów i ogryzionych kości odnalazł kilku ciężko rannych, podziurawionych kulami niedobitków. Członkowie gangu Rzeźnika byli niepodzielnymi panami okolicy, a Skopak nigdy nie marzyłby o zmierzeniu się jednym z nich w walce, ale ocalała trójka nie była nawet unieść broni, by obronić się przed uzbrojonym w zardzewiały nóż szczuroczłekiem. Poza oczywistym skarbem, które stanowiło świeże ludzkie mięso, zamordowanie ich dało mu mnóstwo satysfakcji. Nie mógł zliczyć okazji, gdy był przez nich napadany, bity, okradany, ale najczęściej – nonszalancko kopany. Zresztą jego „imię” było pochodną przyjaznej i otwartej postawy otoczenia wobec jego osoby.

Skopak skupiając się na dzisiejszych sukcesach nie zastanawiał się, kto był w stanie napaść bandytów. Nie skłoniło go też do zachowania większej ostrożności. Być może, gdyby wiedział, że cały sektor 253-C, będący dla niego całym światem płonie – postąpił by inaczej. Ale jak, żyjąc na obrzeżach tej zdegenerowanej cywilizacji mógł o tym wiedzieć? Choć szybko usłyszał tupot ciężkich, podkutych butów i rzucił się do ucieczki nie miał szans. Dziwni, odziani w karmazynowe pancerze żołnierze otoczyli szczelnie Doły, zapędzając każdego napotkanego niczym bydło w nieznanym kierunku, a teraz także mały mutant wpadł w ich sidła.

Podłoga była usiana zwłokami tych, których stratowała biegnąca tłuszcza. Przez krzyk tysięcy gardeł co jakiś czas przebijały się odgłosy jednostronnej walki – nikt nie mógł stawić czoła najeźdźcy, zaś ci, którzy próbowali byli bezwzględnie zabijani, ich ciała porzucone wzdłuż ścian lub pozostawione na postawionych przez nich prowizorycznych barykadach. Tłum wspinał się coraz wyżej – Skopak nigdy nie był w tych okolicach, które uważał za zbyt niebezpieczne, a co gorsze – zbyt zorganizowane jak na jego gust. Desperacko walcząc o życie, znosząc niezliczone kopniaki mutant parł naprzód.

Nagle powietrze rozdarł huk potężnej eksplozji, zaś oślepiające światło oświetliło każdy zakamarek okolicy. Nawet jeńcy i ich opracy zatrzymali się na moment, by podziwiać toczący się na jednym z górnych poziomów spektakl. Ciężkie śluzy leżały rozerwane na strzępy, niemalże setka odzianych na czarno ludzi Rzeźnika stała po jednej ich stronie. Naprzeciw nich stała tylko jedna postać. Nie mógł być to jednak człowiek – to gigant odziany w żelazo, wolno maszerujący przez skierowany w jego kierunku huraganowy ogień.

- Oto wasza ostatnia szansa psy. Maszerujcie ze mną ku chwale, lub gińcie! – głośny, wyraźny głos rozbrzmiał w całym sektorze. Potężny wojownik nie żartował, w jego tonie wyraźnie było słychać tłumioną furię i żądzę krwi. Zbyt duży dystans uniemożliwił usłyszenie odpowiedzi, ale reakcja wojownika była jednoznaczna – potężnym skokiem wpadł w tłum obrońców, każdym ciosem swej rękawicy wysyłając ich rozczłonkowane szczątki w przepaść, wprost w zaganianą tłuszczę. Kilku ocalałych rzuciło się do ucieczki, ale nie mieli szans – mimo imponującego pancerza napastnik był szybszy niż którykolwiek z nich. Trzask biczy przerwał trwającą ciszę, a tłum złorzecząc i rozpaczając ruszył naprzód.

Po czasie, który wydawał się wiecznością, tempo marszu zmalało, zaś Skopak rozumiał dlaczego. Karmazynowi gwardziści dokonywali niczym hodowcy Groxów selekcji. Mutanci, byli brutalnie zapędzani w lewy korytarz. Dzieci, chorzy i starcy, którzy jakimkolwiek cudem ocalali morderczą podróż – byli bezwzględnie zabijani, a ich szczątki rzucane bezceremonialnie na bok. Pozostali wydawali się mieć więcej szczęścia. Nie tylko byli traktowani lepiej, ale także każdy z nich otrzymywał broń – niekiedy wyglądającą na działającą, niekiedy – będącą tylko kawałkiem metalu, ale jednak. Szczuroczłek nie miał szans na ucieczkę – mógł jedynie liczyć, że ruszy w dalszą podróż z innymi dziwolągami i nie zostanie podczas niej zjedzony przez współpasażerów.

Stało się jednak inaczej. Kaleka w obszernym płaszczu i z imponującymi czarnymi wąsami, wyglądający na dowódcę wskazał go swoim podwładnym. Bezceremonialnie podniesiony za szmaty został rzucony u jego stóp.

- Proszę, proszę. Nie myślałem, że jeden z Was da się złapać w tej obławie. Masz wyjątkowe szczęście gryzoniu, nawet nie wiesz jak bardzo – Voross Ehinger uśmiechnął się, choć Skopak nie mógł wiedzieć, na czym polegał żart.

- Nasz Pan i Zbawca Lorgar daje każdemu szansę, by mógł służyć Chaosowi Niepodzielnemu – kontynuował – zaś ty jesteś dokładnie typem kreatury, jakiej potrzebuję. Jakiej potrzebują Niosący Sztandar by wypełnić wolę wielkiego Kor Sythora, naszego Ojca i Opiekuna. Pamiętaj, że jeśli zawiedziesz, będziesz błagał o śmierć, ale Nienarodzeni nie będą słyszeć twych wrzasków. Wykonuj moją wolę, a być może doznasz więcej łask Pierwotnych Potęg, niż sobie wyobrażasz.

Wiarus odwrócił się do swoich podwładnych.

- Zabrać go do koszar. Porozmawiam z nim później. W międzyczasie dajcie mu broń. Działającą. – podkreślił i wskazał na wyróżniający się nienagannym stanem spośród innych karabin – Nie wiem, który idiota to tu przyniósł, ale ten mutant ma naprawdę wielkie szczęście.

- Zobaczymy, czy go nie opuści – dodał już ciszej odchodząc.

Prolog, część III "Oczekiwanie"

Wybuch kolejnego pocisku wstrząsnął otoczoną okopami ziemianką, którą wraz ze swoim sztabem zajmował pułkownik Voross Ehinger, jednak żaden z tam obecnych nie wyglądał na szczególnie poddenerwowanego tym faktem. Przyzwyczaili się do tego w trakcie długich wielomiesięcznych walk, podświadomie przeczuwając, czy artyleria zwiastuje nadejście niekończącej się fali nieumarłych, czy też jest to kolejna, nieskoordynowana akcja przeciwnika.

Nieskoordynowany – było to słowo klucz, jakim można było opisać trwający konflikt. Nie tylko na tym przeklętym świecie łączność była szczególnie zawodna, ale także głównodowodzący ekspedycją niemalże otwarcie działał na jej szkodę. Bo inaczej nie dało się wytłumaczyć działań Octaviusa – krwawych szturmów na okopane siły XIV Legionu, rzucanie kolejnych oddziałów do beznadziejnych walk, które musiały skończyć się ich zniszczeniem, czy rozkazy nakazujące opuszczenie bezpiecznych fortyfikacji. Fakt, że Kosmiczny Marine nalegał na swój bezpośredni udział w większości tych akcji było kuriozalnie błogosławieństwem Pierwotnych Potęg, dając Ehingerowi szansę na zbieranie rozproszonych sił, przywrócenie linii zaopatrzeniowych i umocnienie zajmowanych pozycji, ustawicznie atakowanych przez masy barbarzyńców, zielonoskórych i wrogie siły Chaosu.

Teraz, zjednoczywszy większość Niosących Sztandar i hordę kultystów, mutantów oraz renegatów pozostało mu tylko czekać. Pułkownik musiał przyznać, że liczył na to, że przeklęty furiat padnie w trakcie jednego ze starć i będzie mógł podjąć decyzję o dokonaniu odwrotu. Nie dzielił się jednak tym przemyśleniem z innymi, ani nie próbował otwarcie wystąpić przeciwko czempionowi Neofitów – oznaczałoby to złamanie przysięgi, którą złożył czcigodnemu Kor Sythorowi, a to było nie do pomyślenia. Pozostało mu zatem tylko czekać na dalszy rozwój wydarzeń.

Wciąż jednak pozostawał mu jeden atut – bezpośredni wgląd w aktualne działania swego przełożonego. Decyzja, by uczynić ze szczura-mutanta pluskwę, była tyleż trafna co śmieszna. Plugawy stwór wykazywał się nie tylko niezwykłą wolą przetrwania i niepotykanym instynktem samozachowawczym, ale także był wystarczająco zastraszony, by wciąż podążać za Octaviusem w najgorętsze strefy konfliktu. Traumatyczny proces wszczepu pół-demonicznego implantu wystarczyłby by złamać wolę najsilniejszego, ale Voross dodał do tego „spotkanie” z najbardziej bezwzględnym z nadzorców – Sangwinem. Teraz nawet piekło walk na froncie i wizja nieuchronnej śmierci była niczym w porównaniu z terrorem, który budziła w Skopaku myśl o zawiedzeniu Ehingera.

Zbierane strzępy informacji były niewystarczające, aby określić cel, jaki obrał sobie Octavius, ale wskazywały, że głównodowodzący obu skonfliktowanych sił Chaosu oszaleli. Nawet jeżeli wyznawcy Pierwotnych Potęg nie liczyli się ze stratami i traktowali swych podwładnych przedmiotowo, to nawet dla nich, każdego dnia ocierających się o szaleństwo, otwarte i jawne dążenie do klęski było nie do pomyślenia, a właśnie to miało teraz miejsce.

Ponure rozważania przerwał nagły napływ komunikatów, nerwowe wezwania o pomoc i prośby o wydanie rozkazów kontrastujące z ciszą, jak zapadła na zewnątrz. Cokolwiek uniemożliwiało wcześniej komunikację – teraz straciło swą moc. Otoczenie pułkownika ruszyło do pracy, desperacko koordynując działania odnalezionych towarzyszy. Ehinger spośród natłoku informacji wyłuskał jednak szybko tę najważniejszą – czempion Neofitów wzywał do zawieszenia broni i zjednoczenie się przeciw wspólnym wrogom. Spojrzawszy na mapę, na którą jeden z jego adiutantów nanosił położenie kolejnych oddziałów weteran zauważył, w jakiej sytuacji znajduje się Octavius. Choć nienawidził tego głupca, to silniejsze było jego uwielbienie dla przywódców Zastępu, którym ślubował ślepe posłuszeństwo i niezachwiana wiara w Chaos Niepodzielny.

Voross kulejąc skierował się w stronę zaparkowanej na zewnątrz swojej osobistej Chimery - „Stalowej Prawdy” wydając serię rozkazów swym podwładnym. Sam, z niewielkim kontyngentem chciał dotrzeć do głównych sił przed tym, gdy zrobią to rozjuszeni tubylcy i żarliwie prosił Aureliana, by pozostali wyprzedzili zielonoskórych, których horda także zbliżała się do tego regionu, przeczuwając najwyraźniej okazję do jatki. Teraz, gdy nikła nadzieja na zwycięstwo została odzyskana, nie mógł pozwolić sobie na jakikolwiek błąd, który potępiłby go na wieczność. Łaska Mrocznych Bóstw była zarezerwowana tylko dla najwierniejszych – i niepokonanych.
Ostatnio zmieniony wt lut 20, 2018 8:25 pm przez KolPydnon, łącznie zmieniany 3 razy.
"All I ever wanted was the truth." - Book of Lorgar, First Canticle of Chaos

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#5 » śr sty 24, 2018 9:45 pm

ODCINEK PIERWSZY "Pojednanie w boju"

.....Nie było w tym nic z przejawu nagłej przyjaźni, współczucia, czy jakiejkolwiek troski o drugiego. Czempioni myśleli w tym momencie tylko i wyłącznie o sobie samych, o tym jak ich zhańbiono, wykorzystano i zniszczono niemal do cna. Przez ułamek sekundy obaj pomyśleli o tym, by rzucić się na siebie i dokończyć dzieło Tzeentcha, ale zaraz też dotarło do nich, że to byłaby ich kompletna porażka i odpuścili. Ciężkie rozmyślania przerwał głos jednego z Death Guards, który wywoływał swego dowódcę przez komunikator, by zameldować, że kilkadziesiąt metrów na południe, w leju po eksplozji pocisku, stoi Rhino zdatne do jazdy.
Festermus kiwnął głową porozumiewawczo do Octaviusa mówiąc.
- Dokończymy to później, mam transport...
Octavius przytaknął bez słowa i razem ruszyli w dół zbocza, nasłuchując bacznie zbliżających się z tyłu odgłosów orkowego marszu.
.....Rhino było w kiepskim stanie, blachy były poszarpane, wieża ze stanowiskiem strzelca wyrwana z kadłuba, a załoga zabita odłamkami. Na całe szczęście, motor był na chodzie, wystarczyło kilka manewrów, by wydostać się z dziury w ziemi i ruszyć na południe, z dala od orkowej inwazji.
Festermus ignorując telepanie na wybojach, obsługiwał radio pojazdu, które dzięki większemu zasięgowi pozwoliło mu na lepszy odbiór informacji z frontu.
- Przerwać ogień, rozkaz „Gootlink”! Powtarzam, przerwać ogień, nie wiązać się walką z oddziałami Octaviusa, rozkaz „Gootlink”! - nadawał czempion kilka razy, po czym odstąpił od radia, wskazując je chwilowemu sojusznikowi.
.....Harmider w eterze uspokoił się, po czym kompletnie ucichł. Oddziały obu chaotyckich armii w promieniu wielu kilometrów wstrzymały ogień.
Rhino skrzypiał i telepał się coraz mocniej, kierujący nim Marine nie zdejmował nogi z gazu, więc maszyna cały czas nabierała prędkości. Niestety, czasem nie warto się spieszyć aż nadto, bo im się szybciej od czegoś ucieka, tym łatwiej można wpaść w inną pułapkę. W tym przypadku, pułapką okazał się spory kamień leżący na drodze, który zerwał uszkodzoną gąsienicę Rhino.
Pojazdem zawinęło w lewo, pasażerowie tylko dzięki pasom nie zmiażdżyli się wzajemnie. Dalszą drogę trzeba było przebyć pieszo, a gromkie śpiewy z północy wcale nie ucichły.
.....Dookoła pałętało się pełno bitewnych maruderów, małe grupki kultystów, pojedynczy Marines, czy demony, które coraz mniej stabilne, jeszcze nie zniknęły ze świata śmiertelników. Wszyscy oni byli zdezorientowani, pozbawieni dowodzenia i zagubieni. Posiadający łączność, słyszeli rozkaz zawieszenia broni, jednak wojownicy bez łączności, oraz demony, nieświadome zmiany planów, skore były do kontynuowania walki.
Czempioni czym prędzej musieli zebrać swoje oddziały, po pierwsze, żeby jakkolwiek bronić się przed nadciągającą zieloną falą, po drugie, żeby ich wojownicy na darmo się nie powybijali wzajemnie.
.....Miejscem, w którym czempioni postanowili zorganizować pierwszy punkt obrony, były przedmieścia małej wsi. Opustoszałe budynki, otaczające je wysokie zboża i kamienne murki dawały dobrą ochronę. Na podwórzu jednego z gospodarstw stał dymiący Hellhound legionu, po szybkich oględzinach okazało się, że choć unieruchomiony, może jeszcze się przydać ze swoimi miotaczami ognia na pokładzie.
.....Na północy, wzdłuż ściany lasu biegnącej przy brzegu rwącej rzeki, pojawiły się rozbłyski wystrzałów i towarzyszący im huk. Orkowie mieli do wyboru, przedrzeć się przez gęsty las i bagienne sadzawki, by potem sforsować rzekę, lub przejść o suchej nodze mostem, za którym stał unieruchomiony Rhino. Oczywiście, szarża orków nie przewidywała utknięcia na wąskim moście i fala zielonoskórych ruszyła ławą do przodu, ignorując tonących w bagnie, czy porwanych z nurtem rwącej rzeki.
Octavius zajął pozycje na zachodzie, jego zebrani kultyści i kilka demonów jeszcze nie do końca rozumiejąc co się dzieje, czekali na rozkazy z niecierpliwością.
Festermus ulokował swoich Marines na wschodzie, skąd wspierani ogniem działa laserowego kultystów i miotaczami Hellhounda, mieli nadzieję wytrwać pierwszą falę orkowej nawałnicy, by w kontrataku spróbować rozbić ich i zmusić do ucieczki.
Plan wydawał się do wykonania, jednak gdy spośród drzew wylała się horda xenos z kilkoma rozklekotanymi pojazdami na czele, obaj czempioni momentalnie pomyśleli o dalszej ucieczce.
.....Mogli kontynuować marsz dalej na południe przez wioskę, mając nadzieję, że po drodze zbiorą większą ilość wojowników. Jednak żaden z Chaotyków nie chciał jako pierwszy dać sygnału do odwrotu. To było dziecinnie głupie, i mogło się skończyć tragicznie dla obu, ale ich duma nie pozwoliła im działać wbrew sobie, czekali więc z niecierpliwością, aż ten drugi zhańbi się ucieczką jako pierwszy.
.....Padły pierwsze strzały, straty wśród orkowej masy były niewielkie, ale szczęściem kultystom udało się zabić kierowcę ciężarówki, oraz strzelca, który po chwili zastąpił towarzysza. Jeden z dwóch lekkich pojazdów został też wyeliminowany, gdyż wjechał w sam środek bagna, które w kilka chwil pochłonęło go całkowicie. Pozostały Buggy wykonał szaleńczą szarżę i dosłownie przeleciawszy nad piaszczystą skarpą, wylądował w zbożu, tuż przed obliczem Octaviusa.
Orkowe pociski rakietowe, radośnie pogwizdując poleciały w powietrze tylko po to, by wbić się gdzieś w ziemię bez dalszego efektu. Zmartwiony tym faktem strzelec Buggyego, warknął coś do kierowcy i łazik runął na czempiona Chaotyków.
.....W tym czasie Marines z Death Guard odpierali już pierwszą z szarż orkowych chłopaków. Na pierwszy ogień poszli trzej plaguebearers, którzy dosyć dobrze poradzili sobie z huraganem ciosów, wyzwisk i źle wycelowanych pocisków. Demonom bardzo w walce pomagało wysokie zboże, które mocno ograniczało ruchy zielonoskórych. Obie strony zakończyły to starcie wręcz się czołgając, bo nie było czasu na to, by się podnieść po przewróceniu.
Na doskonały sposób wpadł jeden z kultystów Octaviusa, który wyczekał odpowiedni moment i podpalił miotaczem płomieni cały kwadrat zboża. Uwięzieni w płonącej pułapce, orkowie ginęli w męczarniach, jednak zamiast jęczeć i stękać z bólu, jak na starych, kiepskich filmach, zielonoskórzy pokryci płomieniami rzucali się do ataku, chcąc przed śmiercią odrąbać choć jedną, lub dwie głowy.
.....Octavius nie radził sobie, czuł się jakby pierwszy raz uczestniczył w bitwie, jego pociski z pistoletu chybiały, jego ciosy energetycznej pięści nie docierały do celu, to zdecydowanie nie był dzień mrocznego neofity. Koniec końców wyszedł z dwóch szarż zwycięsko, ale był świadom faktu, że gdyby nie pomoc kultystów, nie dożyłby następnego dnia.
.....Festermus był pełen obaw, jego Marines jeden po drugim meldowali brak amunicji, w końcu tylko Skyrax był w stanie kontynuować walkę na odległość, pozostali wojownicy chwycili za noże, oraz granaty i czekali na kolejną hordę.
Ta zbliżała się nieubłaganie, a na jej czele biegł wielki Painboy, za nim natomiast, tajemnicza postać odziana w czarną togę z zarzuconym na głowę kapturem. Spod kaptura, od czasu do czasu wyłaniał się ptasi dziób i gdy czempion to zauważył, zrozumiał, jaki jest priorytet tej bitwy.
- Żywego! Chcę tego w kapturze żywego!
Marines przytaknęli, ich dowódca oddziału Tetrax wskazał na Painboya, którego pochwycenie również mogło być owocne.
.....Od tej pory słychać już było tylko świst oręża, głuche jego uderzenia w ciało, lub brzęk ciosu o pancerz, oraz sporadyczne wystrzały z pistoletów. Kanonada ucichła, jej miejsce zajęły kwik zarzynanych, ryki zarzynających oraz wrzaski konających.
Octavius bardzo ciężko ranny, zgniótł w końcu kierowcę Buggiego i przyszykował się na atak kolejnej grupy orków, jednak wtedy przez pole bitwy przewalił się pomruk niedowierzania i zwątpienia. Painboy runął na ziemię powalony przez Skyraxa, a zaraz po nim, dziobem o mur okalający gospodarstwo zarył tajemniczy jegomość w czarnym płaszczu z kapturem.
Orkowie znieruchomieli, ich dowódca leżał na spalonej ogniem ziemi, przygnieciony pancernym butem Chaotyka. Dla nich bitwa się skończyła, morale się złamało i cały tłum krzycząc, w panice zawrócił w kierunku linii drzew.
Prawdopodobnie wystarczyły dwie, trzy godziny, żeby orkowie doszli do siebie, wybrali nowego herszta i ruszyli raz jeszcze do boju, jednak przez ten czas, Chaotycy mieli szansę się oddalić, a co najważniejsze, przesłuchać jeńców.
.....Obaj czempioni nie mogli uwierzyć w to, czego się dowiedzieli od jeńców. Painboy był pionkiem, dowodził jedynie patrolem, jednym z wielu wysłanych na planetę. Prawdziwym przywódcą orkowej hordy był boss, którego imienia jeszcze nie poznali.
Tajemniczy mężczyzna okazał się mutantem, szpiegiem miejscowego kultu Tzeentcha. Wysłany przez swoich nieznanych panów, miał manipulować orkami i podjudzać ich do walki z siłami Octaviusa i Festermusa. Mutant był aż nadto gadatliwy, jednak widać było, że nie mówi wszystkiego, a nawet jeśli śpiewa jak na spowiedzi, to prawdopodobnie łże jak pies. Jego wątłe ciało wytrzymało krócej niż torturujący przewidywali i wkrótce obaj jeńcy wyzionęli ducha.
.....Czempioni stanęli przed bardzo trudną decyzją, ich kosmiczne floty najprawdopodobniej nie istniały, zniszczone przez orkowe Hulki, komunikacja była utrudniona, a rozsiane po całej planecie niedobitki obu armii, wykonywały ostatni z rozkazów, usiłując zwalczać się wzajemnie. Powrót na orbitę był w tej chwili niemożliwy, według dochodzących z każdej strony meldunków, orkowie wylądowali w każdej części kontynentu, dysponowali przy tym potężną siłą ognia, jak zwykle przewagą ilości wojowników, oraz wyposażenia i w przeciwieństwie do Chaotyków, nie potrzebowali zaopatrzenia. Octavius i Festermus musieli zabezpieczyć jakiś przyczółek, odzyskać łączność, ustabilizować sytuację swoich oddziałów, zebrać zapasy i zacząć myśleć o budowie infrastruktury, owocującej stworzeniem pojazdu kosmicznego.
Przedtem jednak, zanim jeszcze dopadną ich orkowie, musieli stawić czoło tubylcom, których domy, wsie i miasta zdewastowano w czasie walk.
.....Na południu, na szczycie jednego ze wzgórz widać było wyłaniające się sztandary pancernych hufców. Piechota maszerowała dziarsko, w rytm dźwięku wojennych werbli. Łucznicy pogwizdywali za swoim muzykiem, który dmuchał z zapałem w ustnik trąbki. Rycerze spoglądali z siodeł swoich wierzchowców na równe szeregi setek wojowników, co chwila wykrzykując rozkazy do swoich chorągwi.
.....Na dalekim wzniesieniu, przy małej, opustoszałej stodole, zebrała się grupka ludzi. Przywódcy państw alianckich, którzy w półtora miesiąca po inwazji obcych na ich planetę, zawiązali pakt wojenny, by bronić się wspólnymi siłami przed brutalnym najeźdźcom.
Z dala obserwowali maszerujących Gothczyków, wirujące w bojowym tańcu Vestalki, śpiewających sprośne piosenki Barończyków i idących za nimi w ciszy wieśniaków, pochodzących ze spalonych wsi Dunyjskich. Kalvarowie taszczyli ze sobą ciężkie działa, Petrydzi wozy wypełnione tysiącami strzał i bełtów, a konnica Areboran zataczała kręgi dziko wyjąc w niebo i wznosząc modły do swojego boga Tsenka.
Festermus wraz z Octaviusem, słuchając raportu zwiadowcy opisującego marsz wielotysięcznej armii, z trudem powstrzymywali się przed zasugerowaniem ucieczki. Po raz kolejny ich duma mogła ich zniszczyć, jednak po ostatniej bitwie, gdy wystali do końca i wygrali, można było zaryzykować raz jeszcze.
.....Obaj czempioni wysłali tylu zwiadowców ilu się dało, by odnaleźli i ściągnęli jak najwięcej pałętających się po okolicy wojowników.
Ważny był każdy żołnierz, każdy karabin i bagnet, stawką było życie i powrót na piedestał władzy. Karą za porażkę, unicestwienie i wymazanie z kart historii. Rozpoczął się nowy etap w życiu obu czempionów, a rozpocząć się miał od bitwy, jakiej mało kto mógł doświadczyć w czterdziestym pierwszym milennium.


Obrazek
Orkowy patrol dociera do rzeki, jej zalesione brzegi skrywają drących ryje wojowników, jednak też ograniczają ich widoczność.

Obrazek
Czempioni Chaosu muszą jak najszybciej zebrać swoich zdezorientowanych kultystów i demony, a przede wszystkim zorganizować jakąś obronę.

Obrazek
Festermus łączy pojedynczych maruderów w małe oddziały, po drodze zaczyna opracowywać plan obrony.

Obrazek
Tym czasem, orkowa horda przewala się przez most, niektórzy z nich ryzykując utonięcie, rzucają się w nurt rwącej rzeki.

Obrazek
Zielonoskórzy w końcu dostrzegają wroga, słychać głośne "Łłłaaaaaa" a następnie spośród drzew wylewa się masa łaknących walki wojowników.

Obrazek
Octavius wydaje ostatnie rozkazy i rzuca kilka demonów na szpicę orkowej szarży.

Obrazek
Festermus po długim namyśle podejmuje istotną decyzję, obsadza uszkodzonego Hellhounda kultystami, a sam, w towarzystwie garstki Marines, uda się na podwórko opuszczonego gospodarstwa, gdzie upatrzył sobie doskonałą pozycję obronną.

Obrazek
Standardowa taktyka orków, razem i do przodu.

Obrazek
Octavius w czasie tej bitwy, dał pokaz swojej unikatowej techniki udawania, że kompletnie nie potrafi walczyć. Taktyka zadziałała o tyle, że orkowie zaczęli go ignorować, skoro nie stanowił dla nich wyzwania.

Obrazek
Painboy i zakapturzona postać, na czele szarżującej, trzeciej fali zielonoskórych.

Obrazek
Co chwila jeden z Marines meldował czempionowi, że skończyła mu się amunicja, już po kilku salwach, Death Guard dysponowali tylko tym, czym mogli wypruć komuś flaki.

Obrazek
Po doskonałym zagraniu jednego z kultystów, który podpalił łany zboża, mordując w ten sposób wielu orków, Octavius choć nie bez problemów, pozbywa się orków z lewej flanki.

Obrazek
Painboy powalony przez Death Guard, agent Tzeentcha usiłuje uciec.

Obrazek
Na szczęście, Marines dopadną go za chwilę i ogłuszą, reszta orków, widząc swojego szefa na ziemi, traci animusz i postanawia wycofać się, przegrupować i opracować nową strategię, zaraz po wybraniu nowego szefa patrolu.
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#6 » śr lut 21, 2018 12:20 am

ODCINEK DRUGI "Nierówna walka"

Pierwszy tydzień kampanii. Festermus i Octavius nawiązują kontakt radiowy, z dwiema swoimi armiami, walczącymi gdzieś na północy. Jeden rzut oka na mapę geograficzną kontynentu wystarczy czempionom by stwierdzić, że statki kosmiczne z uchodźcami musiały się rozbić o planetę. Świadczą o tym owalne, podobnej wielkości ubytki w kilku częściach kontynentu. Wszystkie one zostały wypełnione wodą oceaniczną, lub śródlądową.
Czempioni wydają rozkazy:
Octavius przesuwa swoją Pierwszą armię na południe, gdzie jej wojska zaczynają budowę umocnień.
Festermus przesuwa swoją Pierwszą armię na południe, gdzie jej wojsko dokonuje zwiadu i odnajduje zatopiony w morzu śródlądowym wrak kosmicznej barki.
Na wschodzie pojawia się niewielka armia Baronii, dochodzi do kilku potyczek zaczepnych.
Na południowym zachodzie, w górach, zwiadowcy odkrywają silne ugrupowanie orków.
Obrazek
Obrazek

.....Królowa Baronii, wielka magini Felisja Mostaque, przyglądała się swoim nienagannie wypiłowanym paznokciom udając, że nie widzi kątem oka, jak Wielki Arl ludu Dunów zagląda w jej przepastny dekolt.
Fridrich von Sztabb, książę zjednoczonych ziem Kalvarów, pocąc się obficie w swoim kapeluszu z piórami, patrzył w dal, starając się wyglądać najpoważniej jak tylko się da.
Królowa potężnego Petryd, Leonidja Kenn, z zawiścią spoglądała na Felisję, zazdroszcząc jej zwiewnej sukni. Poza tym, też chciałaby mieć cycki na wierzchu, zamiast tego ubrała się szczelnie po samą szyję, jakby wybierała się na zbieranie jeżyn.
Han Abidun, wielki władca zachodnich pustkowi i piasków Arebory, gładził delikatnie koniuszkami palców głownię swojego miecza. Jako jedyny z szóstki przywódców, toczył nie raz walki i miał wiedzę na temat prowadzenia wojen.
Gon Lagik, car dzielnego narodu Goth, trzymając w dłoniach łopoczący sztandar, poprawiał co chwila swoje gogle, nadające mu niecodziennego wyglądu pośród reszty ludzi stojących na wzgórzu.
.....Towarzystwa głowom państw LA-XII dotrzymywali dwaj strzelcy wyborowi z Arebory, oraz zakapturzony jegomość, którego niebieskawy odcień skóry zdradzał fakt, iż był on mutantem.
Zebrani na bezpiecznym wzgórzu, przywódcy narodów zaczęli wydawać rozkazy stojącym poniżej adiutantom, ci z kolei, przekazywali znaki chorążym. Wielka armia zjednoczona ruszyła do przodu, ludzie śpiewali, wykrzykiwali groźby i obelgi, śmiali się. Byli pewni swojego zwycięstwa, oraz tego, że z jakiegoś wyimaginowanego powodu, nie może im się stać żadna krzywda.
Pierwsza salwa z bolterów i zniszczona w wielkiej eksplozji armata Kalvarów uświadomiły ich, że tak nie będzie.
.....Szybko okazało się też, że brak doświadczenia bitewnego, oraz niemal nieistniejąca koordynacja działań, doprowadziły do wielu krytycznych sytuacji. Łucznicy Kalvarów blokowali drogę Barońskiej ciężkiej konnicy, piechota Areboran zasłaniała widoczność Kalvarskim kusznikom, a pędzący do przodu mutanci z Goth, nie mogli się przedrzeć przez zwarte szeregi Areboran.
Przeciwnicy natomiast, będąc weteranami setek bitew, doskonale wiedzieli co robić, gdzie uderzyć i jakie cele eliminować w pierwszej kolejności.
.....Piechota Festermusa uderzyła od wschodu, marines z Death Guard ostrzeliwali nadbiegający tłum, podczas gdy ślamazarne poxwalkery hordą zablokowały drogę nacierającym oddziałom armii zjednoczonej.
Octavius i jego kultyści, zaatakowali od zachodu i również nie planowali oddawać pola. Sam czempion wziął sobie za honor prowadzić natarcie na jego czele, samotnie wysuwając się do przodu, prosto pod grad strzał i kul z muszkietów.
Strzelcy Arboran, Kalvaran i Goth zajęli pozycje i już wkrótce, niebo zaczęły przysłaniać chmury strzał. Z początku pociski niegroźnie odbijały się od pancerzy marines Chaosu, jednak, gdy dwóch z nich padło martwych, z drzewcami sterczącymi z wizjerów w hełmach, wojownicy przyspieszyli znacznie, chcąc związać wroga walką wręcz.
.....Tu jednak, wcale nie było lepiej, potężne kopie ciężkiego rycerstwa przeszywały kultystów po kilku naraz, ostre włócznie Arboran prześlizgiwały się pomiędzy płytami pancerzy, raniąc zarówno marines, jak i zwykłych wojowników. Potężne topory Dunów, rozłupywały czaszki z takim samym skutkiem, z jakim piłomiecze Chaotyków rozcinały stalowe kolczugi Baronian, a ostre sztylety Petrydów, przebijały się przez skórzane zbroje kultystów niosąc im śmierć tak samo, jak pałki i tasaki tych pierwszych, rozbijające nieosłonięte głowy Kalvarskich kuszników.
Po stronie armii zjednoczonej przewagą była liczebność, natomiast Chaotycy nadrabiali jakością sprzętu i uzbrojenia.
.....Basilisk Festermusa wystrzelił po raz drugi i ostatni, rozbijając kolejne stanowisko artylerii Kalvarskiej. Chaotycy nie zdołali znaleźć więcej amunicji do swojego cennego działa, teraz jego załoga mogła się jedynie ostrzeliwać ciężkim bolterem.
Pozostałe dwie armaty Kalvarów nadal prowadziły ostrzał, jednak oficer celowniczy był tak niedoświadczony, że nie trafiłby ściany stojącej przed nim, dopiero przy którejś salwie z kolei, jedna z jego armat posłała kulę prosto w nadchodzącego marine. Pocisk wgiął nieznacznie plastalowy pancerz na piersi Chaotyka, po czym odbił się niegroźnie i upadł na ziemię. Widzący to Death Guards wybuchnęli gromkim śmiechem, natomiast żołnierzom armii zjednoczonej ugięły się nogi ze strachu.
.....Nawałnica armii zjednoczonej zatrzymała się, a następnie, metr po metrze, zaczęła się cofać wypierana przez sojusz wojowników Chaosu. Pierzaste strzały zbierały mordercze żniwo, muszkiety rozrywały głowy kultystów na drobne kawałki, jednak armia Chaosu parła naprzód. Od zachodu, Chimera Octaviusa taranując dźgających ją włóczniami tarczowników, dotarła aż do ostatniej linii strzelców, paląc całe ich dziesiątki ciężkim miotaczem płomieni. Od wschodu, powolny dron Festermusa, obwieszony uczepionymi jej nomadami, zataczał dzikie półokręgi, nie mogąc strząsnąć pasażerów na gapę.
Tym czasem, środkiem pola bitwy przedzierała się ciężka konnica Baronii, której przewodził młodszy brat Królowej Felisji. Rycerze w porę zostali zauważeni przez czujnych dowódców chaotyckiej hordy, skoncentrowany ogień dosłownie zdziesiątkował szarżującą nawałnicę. Jedynym ocalałym okazał się właśnie brat królowej, który dzierżąc w dłoni magiczny miecz, uderzył z impetem na Octaviusa.
.....Czempion przyjął szarżę niewzruszenie, choć nie bez uszczerbku na zdrowiu, jednak szok, jaki spowodowało uderzenie, na chwilę obezwładnił zarówno konia jak i jeźdźca, dając akolicie odpowiednio dużo czasu, by mógł kontratakować. Octavius uderzył na odlew głowę zwierzęcia, łamiąc mu kark w jednaj chwili. Następnie pochwycił zataczającego się rycerza i ścisnął jego pierś energetyczną rękawicą.
Magia miecza przez chwilę opierała się mocy chaotyckiego artefaktu, chroniąc życie oszołomionego księcia. Niestety, w końcu uległa potędze wściekłości czempiona i jego nadludzkiej sile.
.....Octavius cisnął zakrwawione szczątki na bok, wznosząc pięść ku niebu w geście tryumfu, i wtedy zachwiał się, otrzymawszy celne trafienie z muszkietu pod mostek. Chaotyk zrozumiał, że nie może tracić koncentracji ani na moment, spojrzał w kierunku, z którego nadchodził Festermus i z zadowoleniem stwierdził, że wyprzedzał czempiona Nurgla o dobrych kilkanaście metrów.
Festermus natomiast, bez zbędnego ryzyka, metodycznie eliminował swoich wrogów pilnując, by nie przełamali napierającej linii marines, kultystów i zombich.
.....Obie królowe usiłowały wspierać swoje oddziały magią, jednak ich tkanie w warunkach bojowych wypadało mizernie. Jedynie tajemniczemu mutantowi o błękitnej skórze, udało się nieco spowolnić magią kilka oddziałów Chaosu.
Bitwa zaczęła obierać bardzo niekorzystny obrót dla armii zjednoczonej, liniowe i ciężkie oddziały poszły w rozsypkę, rycerze wysadzeni z siodeł, a następnie dobici, lub ustrzeleni, artyleria roztrzaskana. Coraz częściej łucznicy, kusznicy i arkebuziści musieli chwytać za krótkie miecze i sztylety, by bronic się przed nieustępliwą hordą Chaosu.
.....Sytuacji nie odwróciły nawet posiłki, w postaci szarżującej z zachodu lekkiej konnicy Arboran, która choć zadała armii Octaviusa bolesny cios, eliminując jednego z jej herosów, to w mig została rozstrzelana przez krzyżowy ogień kultystów i ich oddziału dowodzenia.
W końcu Chimera wraz z dronem dotarły pod wzgórze, na którym nieco zlęknieni, stali przywódcy armii zjednoczonej. Ufając potężnej magii ochronnej sztandaru Gon Lagika, głowy państw usiłowały uszkodzić nadciągające maszyny. Niestety i tym razem okazało się, że wściekłości i potędze Chaosu nie oprze się byle kawałek umagicznionej szmaty.
Całą szóstkę, wraz z towarzyszącymi im adiutantami pochłonęły plugawe wyziewy nurglowego drona, przy akompaniamencie laserowych wizgów multidziała umieszczonego na Chimerze.
......Wojownicy armii zjednoczonej, widząc porażkę swoich przywódców, rozpierzchli się po polu bitwy, tracąc nadzieję i nierzadko życie. Bitwa, która miała być dla nich pewnym zwycięstwem, okazała się totalną porażką, na skalę globalną. Ich państwa, pozbawione przywódców, zapewne bardzo długo będą podnosić się z kolan. Do tego czasu, siły Chaosu najprawdopodobniej wzmocnią swoje szeregi, a wtedy już nikt na tej planecie nie będzie w stanie stawić im czoła.


Obrazek
Siłą wielkiej, zjednoczonej armii narodów była liczebność, niestety, wadą brak koordynacji działań, wyszkolenia, a przede wszystkim, brak doświadczenia w walce z siłami Chaosu.

Obrazek
Festermus, jego Death Guards, Basilisk, drona, oddziały gwardii kultystów, oraz horda zombich.

Obrazek
Octavius i jego szaleni kultyści. Unieruchomiony dreadnought, oraz Chimera dowództwa.

Obrazek
Zjednoczona armia rusza dziarsko do przodu, najopieszalej ruszają się zwykli chłopi, zwerbowani do armii naprędce. Przez nich i przez błędy w dowodzeniu, ciężka jazda nie była w stanie rozpędzić się dostatecznie i zmieść wrogów planety w jednej szarzy.

Obrazek
Oddziały Chaosu, choć w pozycji obronnej miały większe szanse, postanowiły przeć do przodu, na spotkanie pędzącemu wrogowi.

Obrazek
Pierwsi zostali rozgonieni procarze, którzy kamieniami, z daleka usiłowali powalić Space Marines. Chimera trochę niefortunnie ustawiła się bokiem do nacierających oszczepników. Wojownicy w dwóch szarżach, zdołali uszkodzić pojazd nieznacznie.

Obrazek
Ciężka konnica przedziera się środkiem pola bitwy. Zarówno Death Guards, jak i mutanci Octaviusa widzą w tym oddziale poważne zagrożenie i eliminują go w krzyżowym ogniu.

Obrazek
Octavius przyjmuje szarżę jedynego ocalałego rycerza, który ginie w stalowym uścisku energetycznej rękawicy.

Obrazek
Poxwalkerzy, oraz gwardziści skutecznie blokują nacierające szeregi wroga. Niestety dron zostaje uziemiony na chwilę, przez kilku nomadów, którzy uczepili się jego pancerza i nie chcieli go wypuścić.

Obrazek
Na drona szarżowała konnica Kalvaru, jednak i tu, Chaos zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa jaki niosła ze sobą pancerna szarża. Rycerzy odstrzelono, tylko jeden dogalopował do drona.

Obrazek
Festermus porusza się tak szybko, że na zdjęciu ledwo go widać. Marines przeżyli ciężkie chwile pod ostrzałem z setek łuków.

Obrazek
Walki nadal trwają w centrum, obie nawałnice zatrzymały się i starły w brutalnej walce wręcz. Od zachodu, niespodziewanie atakuje lekka konnica, ale jej wysiłki zdają się daremne.

Obrazek
Kusznicy wyszukujący cele. W ferworze walki staje się to coraz trudniejsze.

Obrazek
Szeregi Nurgla w natarciu, Festermus popędza swoich marines, gwardziści nie dotrzymują im tępa.

Obrazek
Dron i Chimera przedostają się za ostatnie linie wroga, zjednoczona armia traci swoją wartość bojową, strzelcy nie są w stanie stawić czoła Chaosowi. Rozpoczyna się rzeź.

Obrazek
Dron wraz z Chimerą atakują przywódców zjednoczonej armii, chroniących się na wysokim wzgórzu.

Obrazek
W końcu wszystkie głowy państw zjednoczonych padają trupem, Festermus pastwi się nad ocalałymi strzelcami, a Octavius, nie bez kłopotów, pozbywa się wojowników z turbanami na głowach i groźnych snajperów.
Bitwa kończy się totalną anihilacją, Chaos ponosi dotkliwe straty, ale armia zjednoczona raczej nie podniesie się po takiej klęsce, a jej szeregi, będą potrzebowały całych miesięcy, żeby uzupełnić siły i doprowadzić się do gotowości bojowej.

PS. Bitwę tą chciałbym zadedykować wszystkim tym, którzy z niedowierzaniem patrzyli na figurki fantasy, skonfrontowane z czterdziestkowym Chaosem oraz tym, którzy jako jedyny komentarz, potrafili wydusić z siebie drętwy tekst w stylu "a od kiedy to w czterdziestkę gra się na takiej macie".
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
blackout_sys
Posty: 475

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#7 » śr lut 21, 2018 6:33 am

I dlaczego tam leżą inne kostki niż k6? Straż miejska powinna Wam mandaty powlepiać czy coś.

Teraz czekam na drapanie po głowie na widok francuskich modeli, które też niewątpliwie się pojawią :twisted:

Awatar użytkownika
KolPydnon
Posty: 360

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#8 » śr lut 21, 2018 8:11 am

blackout_sys pisze:I dlaczego tam leżą inne kostki niż k6? Straż miejska powinna Wam mandaty powlepiać czy coś.

Uff.. A już myślałem, że za niepomalowane do końca moje modele (chęć wystawienia zupełnie "nowej" armii niestety została skonfrontowana z absolutnym brakiem wolnego czasu :() A Straż Miejską można już wzywać (razem z Policją, Żandarmerią Wojskową oraz Urzędem Skarbowym) - Raziel obiecał mi, że na kolejny epizod przyniesie mi kości d20 lub d100 zamiast d10.

Muszę też przyznać, że jestem zawiedziony, że nie wspomniano o najgroźniejszym i najbardziej morderczym bohaterze całego starcia (ponad dwudziestu własnoręcznie zabitych). I przeczę haniebnym plotkom jakoby bohaterski nadzorca Sangwin został "wyeliminowany" - już wkrótce wróci, ładnie pomalowany, wyposażony w topór energetyczny, by jeszcze lepiej wykonywać swoją pracę :lol:. I przyprowadzi kolegów.
"All I ever wanted was the truth." - Book of Lorgar, First Canticle of Chaos

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#9 » śr lut 21, 2018 9:58 am

Black, jak zapewne wiesz, bo nie raz o tym rozmawialiśmy, kość D6 to przeżytek, natomiast D10 to dająca spore spektrum możliwości, idealna maszyna do grania.
Bohaterowie armii Chaosu, wykonują rzuty na swoje statystyki kośćmi D10, co ma odzwierciedlić ich epickość, bohaterskość, twardość i nieugiętość (niestety Kol uparcie rzuca same jedynki i dwójki nawet na D10).
Co do francuskich modeli, na zdjęciach tego nie widać przyznam, ale one tam były. Strzelcy na wzgórzu, barbarzyńskie dziewczęta pod koniec bitwy... Tak tak, a powiadają, że Confrontation to martwy system :)

Kol, o bohaterskim Sangwinie wspomniano, przy okazji opisu lekkiej kawalerii flankującej z zachodu. Ja specjalnie piszę raporty bardzo pobieżnie i ultrastreszczeniowo, chcąc zachęcić Was obu do włączenia się we fluffową część kampanii.
Dlatego, jeśli uważasz, że pewne fakty są warte wspomnienia, to proszę bardzo, chytaj pióro, inkaust i skrobaj. Ja, oraz inni czytacze, z chęcią się przekonamy jak było naprawdę.
Twój trzyczęściowy wstęp łyknąłem jak murzyn bateryjkę, więc wiem, że Cie stać na dobrą kontr relację z bitwy.
Szkoda, że Omadan wypalił się pisaniowo, to już byłby orgazm, gdybyście obaj opisali wydarzenia z własnych perspektyw.

Następna przygoda już za miesiąc, wtedy to, nasze bohatery zejdą do mrocznej jaskini w poszukiwaniu niewiadomopoco :D
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
blackout_sys
Posty: 475

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#10 » śr lut 21, 2018 12:40 pm

Raziel pisze:Co do francuskich modeli, na zdjęciach tego nie widać przyznam, ale one tam były.


Chodziło mi o inne modele tej firmy, takie z małpami i w ogóle!

Awatar użytkownika
Avatarofhope
Posty: 797

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#11 » śr lut 21, 2018 6:25 pm

Razielu, po przeczytaniu opowiadania miałem przed oczyma tę scenę: https://www.youtube.com/watch?v=12DQN8oxKTs

Czekam na więcej!
These men are my bodyguards, their lives forfeit to the guarantee of my physical safety. Of their loyalty to me there shall be no question nor doubt. No other commander shall they have in battle nor in service. So it is decreed!

Emperor of Mankind

Awatar użytkownika
omadan
Posty: 165

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#12 » pt lut 23, 2018 11:11 am

Krótki wstęp o moich legionistach.

"Kolejna zapomniana planeta i kolejny wróg to eliminacji. Oddział Vulture ostrożnie przedziera się przez bagienne poszycie tego plugawego świata. I nagle atak. Ohydne demony osaczają gigantów w zielonych zbrojach. Oddział strzela precyzyjnie ale napór wroga jest zbyt duży. Jeden za drugi Astartes zostają ściągnięci do parteru i powoli zabijani. Zostaje tylko dwóch ostatnich. Walcząc zaciekle całym swoim ciałem. I gdy szykują się na odparcie kolejnej fali wroga, demony przestają atakować. W ciszy cofają się dając przejść potężnemu Astartes wspierającego się o karłowatej lasce. Podchodzi on blisko dwóch ostatnich ocalałych z oddziału Vulture i nabierając powietrza w zgniłe płuca dmucha z całych sił w ich stronę. Dwaj bracia walki krztuszą się i po chwili padają nieprzytomni. Ale przebudzą się. Takich wojowników Pan Zarazy nie przepuści. Gdy obudzą się po wielu operacjach nie będą już członkami zakonu Aurory upadłego imperium. Obudzą się jako prawdziwi i wieczni wojownicy Nurgla. Obudzą się jako Death Guard."


Było epicko Razielu, nie mogę się już doczekać kolejnej części.

Awatar użytkownika
Pan i Władca
Posty: 355

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#13 » pt lut 23, 2018 12:00 pm

Czy do kolejnych raportów mozna dodawać zdjecia min ludzi, którzy mają okazję widzieć to wsio na stole ?

P.
Gloria Victis !

Chętni do gry w OiM / WARZONE / BA / Lee / SW:Armada / TY-> PM

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#14 » sob lut 24, 2018 8:42 am

Ludzie są z reguły brzydcy i beznadziejni, ich zdjęć wklejać nie mam zamiaru. Jednak racja jest, ktokolwiek tego wieczoru koło nas przechodził, nie omieszkał rzucić okiem, zapytać "czo tooo?", lub tak czy inaczej skomentować.
Tu wyrazy szacunu i uznania dla Xyxela, który jako jedyny zaczął rozmowę od stwierdzenia (mniej więcej) "Ooo inwazja Chaosu na średniowieczną planetę!" Takich ludzi mi potrzeba, z wyobraźnią przekraczającą wszelkie, idiotyczne granice.
Podobna taka bitwa jeszcze w tej kampanii, pewnie odbędzie się nie raz, śledźcie fluff, to dowiecie się kiedy ;)
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
KolPydnon
Posty: 360

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#15 » wt mar 06, 2018 3:38 am

Pierwszym znakiem, który skierował Nas na drogę Wielkiej Pielgrzymki Lorgara i przyniesienia nam Oświecenia była świadomość, że w całym Wszechświecie, na pozornie niezwiązanych ze sobą planetach, znajdują się podobne kulty, mitologie i wierzenia. Wskazuje to na omnipotencję Pierwotnych Potęg, ich wszechobecność nie tylko w błogosławionym Immaterium, ale także w naszym wymiarze.

Każdy, kto niesie Prawdę musi zatem wyszukać wiernych, gdziekolwiek się znajdują, ukazać im prawdziwe oblicze Chaosu i włączyć do swoich sił. Jak kroczący Ośmiokrotną Ścieżką mogą przegrać, gdy nawet na najmniejszej, zapominanej skale, krążącej wokół najodleglejszej gwiazdy znajdują się Wierni?”


Fragment 2465-go Kazania Kor Sythora (datowany na M32.525)

Nie ważne czyja…

Sogwen dziko wymachując toporem poganiał znajdujących się przed nim członków renegackiej milicji. Przed nimi znajdowała się armia wroga – o ile można nazwać tak luźną koalicję głupców, którzy odrzucili nauki przybyłych z nieba posłańców. Część formacji znał jedynie z legend i opowieści, inne – jak konnicę Baronii miał szansę napotkać już wielokrotnie za każdym razem przelewając krew dufnych rycerzy.

Pogardzał słabeuszami z nizin, oni – nazywali go barbarzyńcą. Członkowie jego plemienia żyli tylko po to, by co roku plądrować miasta, palić wioski i mordować każdego napotkanego. Łup był drugorzędnym zmartwieniem – choć zdobyczny oręż, prowiant, sprzęt, konie czy jeńcy zawsze pomagali utrzymać impet natarcia, to jego zdobycie nie było ich celem. Tak naprawdę - nie mieli go zupełnie. Wyruszali ze swoich odległych osad jak tylko stopniał śnieg na przełęczach i wracali gdy tylko spadał pierwszy śnieg, składając zakrwawione topory na ołtarzu Arkhara, boga wojny. Tak działo się od stuleci, a może nawet milleniów i Ludzie Gór nigdy nie próbowali zmienić swego losu.

Aż do owego pamiętnego dnia. Gdy pojawiły się pierwsze oddziały szkarłatnych żołnierzy, członkowie jego ekspedycji uznali ich za łatwy łup. Mimo strat, jakie ucierpieli w trakcie ostrzału z dziwnych, małych arkebuzów z werwą wbili się w formacje przeciwnika, zabijając dziesiątki przeciwników. Zwycięstwo wydawało się pewne, dopóki nie pojawił się gigant w dziwnej zbroi. Każdy jego cios pięści powalał kilku barbarzyńców, zmieniając ich w krwawą miazgę. Niekiedy ten los podzielał także któryś z jego podwładnych, którzy weszli mu w drogę.

Po chwili pozostała ich jedynie garstka. Uformowali krąg, oczekując na ostateczne natarcie i bohaterską śmierć w boju, godną synów Arkhara. To jednak nie nastąpiło. Olbrzym, powstrzymując gestem swojej ogromnej dłoni innych wojowników sam, jedynie w towarzystwie chorążego ruszył w ich kierunku. Dziwny, mechaniczny twór, zbudowany na bazie odciętej, zakrwawionej czaszki, unosił się nad jego głową. Choć mówił w nieznanym im dialekcie, to właśnie z tego dziwnego tworu wydobyły się znane im dźwięki.

- To już koniec. Dajemy wam ostatnią szansę.

Grupa ocalałych wybuchła śmiechem – nie lękali się końca, zaś ta walka zapewniła im bez wątpienia udział w wiecznych łowach w zaświatach.

- Spójrzcie na sztandar. Czy nie rozpoznajecie tego symbolu? Czy nie widzicie, przed kim stoicie?

Mimowolnie każdy z nich zwrócił uwagę na łopoczącą na wietrze chorągiew i momentalnie zamilkli. Jeden z symboli był im aż nadto znany. Stylizowana czaszka, święty totem Arkhara. Stali przed posłańcami samego boga. Sogwen pierwszy raz w swoim życiu ukląkł, składając hołd przybyłemu z nieba wysłannikowi. Bo kimże jest ten, który niemalże samotnie pokonał całą ich ekspedycję? Kto przemawia w ich języku, którego nie znali nawet mieszkańcy okolicznych osad, z którymi utrzymywali niewielką wymianę handlową? Pozostali poszli w jego ślady.

Nie wiedział, jak długo minęło od tego czasu. Był jednak wdzięczny, że dożył tych czasów. Stare, przekazywane z pokolenia na pokolenia nauki zostały uzupełnione, sens ich istnienia – ukazany. Ich szał, przelewana krew, żądza walki były najwyższą formą czci, jaką mogli obdarzyć swego patrona. Żadne pompatyczne ceremonie, najpiękniejsze świątynie ani najbogatsze wota nie mogły równać się chaosem pola bitwy. Szybko pojął nauki i przyjął z radością powierzoną mu rolę nadzorcy – teraz motywował i inspirował pomniejszych i słabszych. Bydło niegodne łaski Khorne’a. Jedynie ich krew, gdy przelana, miała jakikolwiek znaczenie.

… liczy się tylko to, że płynie

Odgłosy maszerujących wrogów przerwały jego rozmyślania. Liczyło się tylko to, co działo się teraz. Sogwen w przeciwieństwie do pozostałych znał zamysł Vorosa Einhorna – siły Szkarłatnej Krucjaty miały jedynie utrzymać linię, dając czas sługom Zgniłego Ojca czas i szansę na przełamanie ich linii i eksterminację dowództwa. Jego podwładni byli już praktycznie martwi, ale mieli zginąć w walce, a nie podczas panicznej ucieczki. Nadzorca i jego topór mieli tego dopilnować.

Salwa kuszników obaliła pierwsze szeregi hordy, która na ułamek sekundy straciła swój impet. To mu wystarczyło – potężnych ciosem zdekapitował kilku kultystów, zaś pozostali podwoili swoje wysiłki. Pierwsze oddziały harcowników wroga musiały ulec ich wściekłej szarży, ale znajdujący się za nimi włócznicy nie mieli zamiaru poddać się tak łatwo. Przewaga liczebna była jednak wciąż po stronie Chaosu, a czciciele Pierwotnych Potęg, zmotywowani zmasakrowaniem kilku ich towarzyszy przez nadzorcę, dokonywali cudów odwagi, mimo odniesienia sporych strat.

Niedaleko szarża ciężkiej konnicy została wstrzymana przez zmasowany ogień najeźdźców. Sogwen po raz pierwszy od rozpoczęcia walki zatrzymał się na chwilę, podziwiając jak Octawius rozrywa na strzępy dowódcę chorągwi. Po chwili odwrócił wzrok zauważając, że towarzysząca mu horda została zredukowana do garstki ocalałych. Jego misja została zrealizowana, ale na szczęście kątem oka zobaczył flankujący ich oddział harcowników. Nadszedł czas, by jego topór posmakował w końcu krwi wroga.

Samotnie ruszył w kierunku jeźdźców, nie zważając na grad oszczepów, rzuconych w jego kierunku. Gdy dotarł do swojego celu nikt nie mógł go powstrzymać. Przepełniało go przeczucie o własnej niezniszczalności. Dwóch przeciwników szybko padło pod jego huraganem ciosów. Sogwen nie mógł zauważyć ciosu w plecy, który zadał mu jeden z przeciwników. Padł na kolana, nie czując bólu, a jedynie zdziwienie. Był przytomny jeszcze wystarczający długo, by ujrzeć jak oddział dowodzenia dziesiątkuje ocalałych przeciwników. Nie żałował niczego. Krew spłynęła przed tron Arkhara. Tylko to się liczyło.
"All I ever wanted was the truth." - Book of Lorgar, First Canticle of Chaos

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#16 » ndz mar 11, 2018 6:06 pm

ODCINEK TRZECI.(wstęp) "Plany"
.....Wibrujące ostrze skalpela wbiło się bezgłośnie w miękkie ciało, wprawna ręka chirurga przesunęła je w dół, następnie delikatnie skierowała je w lewo. Z rozcięcia, które się pojawiło na skórze, nie wypłynęła krew, choć po drganiach mięśni spowodowanych bólem można by sądzić, że pacjent jest żywy i świadomy. Zamiast krwi, w ranie pojawiła się niewielka pulpa mięsna, która zaczęła powoli się rozrastać i wypełniać rozcięcie. W końcu cielista masa wypłynęła poza ciało i zaczęła formować się w coś, co na pierwszy rzut oka mogło przypominać koślawą kończynę.
Skalpel dotknął tworzącego się mięsnego pręta, a w miejscach gdzie się z nim zetknął, powstały stawy, następnie palce i zakańczające je pazury.
.....Widok nie był zbyt imponujący, chirurg zdaje się też doszedł do takiego wniosku, gdyż szybkim cięciem skalpela uciął powstałą kończynę pozwalając jej upaść z plaśnięciem na podłogę pokładu. Następnie raz jeszcze dotknął powierzchni skóry pacjenta, i zaczął rzeźbić od nowa.
.....Dźwięk alarmującego powiadamiania z drzwi rozniósł się po pomieszczeniu. Chirurg odłożył skalpel na blat podręcznego stolika, usiadł na sporych rozmiarów piedestale i wsparłszy ręce na kolanach rzekł niskim głosem.
- Wejdź.
Drzwi otworzyły się z charakterystycznym świstem, przeszedł przez nie cień, dudniąc plastalowymi butami o podłogę i stanął po prawej stronie chirurga pytając.
- Mistrzu, czy nasz plan, zakładał kompletną porażkę tubylców?
- Nasz...plan? - odpowiedział pytaniem na pytanie chirurg i nie dając szansy na ripostę swojemu gościowi rzekł.
- Jaką masz pewność, że to nasz, plan. Skąd ten pomysł, że nawet jeśli to jest plan, ty, jesteś godzien go znać? - chirurg wstał, jego barczysta sylwetka górowała nad gościem. Podniósł skalpel ze stolika i na powrót zaczął tworzyć swoje dzieło mówiąc.
- Jeśli planem naszego pana jest, żeby tubylcy sczeźli, zapewne tak się stanie. Ani ja, ani tym bardziej tobie podobni nie zrozumieją, na czym ten plan polega, jak działa, co zakłada i kiedy się zmieni.
.....Gość najwyraźniej należał do bystrych, bo w biegu zrozumiał co sugeruje jego przywódca.
- Zatem, mistrzu, jaki wpływ na, nasz, plan ma fakt, że tubylcy ponieśli kompletną porażkę, ich głowy państw zostały ścięte, a największa armia zmieciona z powierzchni planety zaledwie w jednej bitwie?
Chirurg dotknął skalpelem wymodelowaną właśnie kończynę, a w miejscu gdzie jego magiczne ostrze musnęło skórę, pojawiła się i zaczęła gwałtownie rosnąć gruba niczym kolce jeżozwierza szczecina, ociekająca jadem.
- Być może to oznacza naszą klęskę, być może wręcz przeciwnie. - stwierdził chirurg podziwiając swoje dzieło. - Wszystko zależy od tego, co teraz mi powiesz i od czego tak naprawdę, powinieneś zacząć.
Gość przestąpił z nogi na nogę, nie było w nim strachu, lecz niepewność, której jednak nie okazał w swoim silnym, tubalnym głosie.
- Intruzi zeszli do jaskiń, tak jak oczekiwałeś, weszła ich tam tylko garstka, bo tak jak przewidziałeś, wejście zawaliło się za nimi, jak tylko ich przywódcy weszli.
.....Chirurg kończył właśnie kształtować kolejną kończynę, przypominającą pajęcze odnóże, wzruszył potężnymi ramionami mówiąc.
- Nie obchodzi nas los tubylców, przestali być cenni dla swojego boga, naszego pana, więc niech wykonają swoje zadanie do końca i znikną, nie dbam o to. Najważniejsze, żeby intruzi wykonali swoje zadanie, co mam nadzieję, nastąpi już niedługo.
Cisza, która zapanowała w sali trwała tylko kilka chwil, przerwała ją ciekawość gościa.
- Myślisz mistrzu, że intruzi obudzą to... Co, jeśli wcześniej zrozumieją, że są w pułapce?
- Nie mają wyjścia, wiedzą doskonale, że aby stąd uciec, muszą zbudować okręt, dlatego będą ryć w ziemi, w skale, w piasku i w morzu, żeby tego dokonać. Przy okazji służąc nam najlepiej jak potrafią. Fakt, że „to”, obudzą jest nieunikniony, i przekonają się o tym, jak tylko poznają historię tej planety.
- Przewidziałeś jednak, że jeśli odnajdą naszych braci, postarają się ich zniszczyć? Czy nie powinieneś wtedy być tam, na dole i zapobiec temu?
.....Chirurg zastygł w bezruchu dosłownie na mgnienie oka, po czym powrócił do tworzenia kolczastej głowy w brzuchy pacjenta, mówiąc z wyraźną groźbą w głosie.
- Knujesz, wiem o tym, tak samo jak o fakcie, że wraz z trzema innymi planujecie obalić mnie i przejąć władzę. Powstrzymujecie się tylko dlatego, że na razie nie ma czym władać. Myślisz, że wam na to pozwolę wiedząc o tym? Jesteś aż tak głupi? - chirurg dotknął trzykrotnie czoła nowo powstałej głowy, tworząc trójkę błyszczących, pozbawionych rozumu oczu.
- Wiem wszystko, widzę wszystko, słyszę uderzenia twoich serc zanim uderzą. Nie robię nic z waszym buntem, bo w niego nie wierzę, nie mam podstaw. Jesteście słabi, bezduszni, wygnani i pozbawieni czci, godności, honoru... Nie istniejecie beze mnie. Będziecie więc mi służyć, tak jak rozkażę, albo podzielicie los tych, którzy mnie zawiedli.
Mówiąc to, chirurg wbił brutalnie pazury swojej wielkiej dłoni, w ciało pacjenta, rozrywając go niemal wpół.
.....Gość odstąpił o pół kroku, nie czół strachu, jeszcze nie, na razie czuł tylko niepewność. Tym czasem chirurg powrócił do swojego zajęcia, skalpelem zszył świeże rany na ciele pacjenta, przy okazji tworząc w ich miejscu kilka małych macek i odnóży, zakończonych kostnymi wyrostkami.
- Potrzebuję armii, część zwerbują dla mnie agitatorzy, część stworzę własnoręcznie, ale jej trzon musicie wskrzesić z popiołów wy, Hermetyczne Ostrza i nieważne, czy zrobicie to zgodnie z moją wolą, czy z moim ostrzem na gardle. Mój plan zakłada, że dotrę do celu nawet po waszych trupach, jeśli się w końcu nie ukorzycie, zrozumcie to... Szybko.
- Bracia nigdy w pełni nie uznają wyrzutka z niepodzielnego motłochu, nie zmienisz tego...
- Przyszedłem na świat, zanim powstała idea waszego istnienia, widziałem jak ten świat upada i rośnie, by znowu upaść, was wtedy jeszcze na nim nie było. Zdążyłem wiele doświadczyć, zanim powstaliście czy to w próbówce, czy w łonie jakiejś kurwy. To kim jestem, kształtował pot, krew łzy i czas, którego nie jesteście w stanie pojąć. To, że nosicie swoje lśniące pancerzyki nie czyni z was lepszych ode mnie. Nigdy nie chciałem być jednym z was i nie mam zamiaru. Nigdy nie będę waszym bratem, czy przyjacielem, mam zamiar być waszym mistrzem, właścicielem, przywódcą i katem, jeśli zajdzie taka konieczność!
.....Ostatnie słowa chirurg wypowiedział z taką mocą, że w hełmie gościa włączył się automat chroniący uszy przed urazem.
- Poślij szpiegów na dół, niech wejdą w sny wyroczni na całym globie, niech pokażą im, że intruzów da się pokonać, że pomoc w tym można uzyskać tylko z zewnątrz. - słysząc te słowa, gość, przechylił głowę z niedowierzaniem.
- Sugerujesz im, żeby ściągnęli posiłki z imperium?
- Nie bądź głupcem. - prychnął chirurg. - Ostatnie czego nam tu trzeba, to imperium i jego psy. Ja mam na myśli inną opcję, która została przedstawiona tym na dole, ale którą postanowili odrzucić, ze strachu przed nieuniknionym.
- Co z zielonoskórymi mistrzu? Jak się domyślam, oni nie byli częścią naszego planu? - zapytał gość niepewnie.
- Tak, to była pomyłka, która może nas sporo kosztować. Obawiam się jednak, że jest za późno na odwrócenie tej sytuacji. Orkowie są już na powierzchni od tygodni, są rozsierdzeni, walczą z intruzami, na szczęście oszczędzając tubylców, na razie.
- Mówiłeś, że nie obchodzą ciebie ich losy...
- Bo tak jest... - warknął poirytowany chirurg. -...chodzi o to, że jak zaczną wybijać tubylców, intruzi wzrosną w siłę, a tą musimy kontrolować. Chcemy w nich mieć nieświadomego sojusznika, a nie potencjalnego wroga, który zgniecie nas jak pluskiew. Jeszcze coś?
- Nie, to wszystko, wracam do mojego laboratorium mistrzu, gdybyś mnie potrzebował...
Cień odwrócił się od chirurga i zniknął w otwierających się przed nim drzwiach. Chirurg natomiast na powrót skupił się na tworzonej istocie, która właśnie otrzymała usta i w końcu mogła zawyć dziko z wszechogarniającego bólu.

********************************************************************
.....Sala obrad była wypełniona po brzegi, tłum ministrów, zarządców i książąt kotłował się w wielkim pomieszczeniu i nim po raz dziesiąty uderzono w dzwonek, ogłaszając rozpoczęcie narady, wydawało się, że nie skończą się motać i przepychać.
W końcu nastała cisza, do mównicy podszedł wysoki mężczyzna w średnim wieku, zadzwonił w dzwonek po raz jedenasty i ostatni, po czym ogłosił.
- Zaczynam te obrady w nadziei, że wszyscy spotkaliśmy się w tym samym celu, aby zaradzić tragicznej sytuacji w jakiej znalazły się nasze narody, oraz obmyślić, co począć bez głów naszych państw, podstępnie zgładzonych w Petryd. Pierwszy, zabierze głos marszałek Baronii.
.....Gdy pan ceremonii zszedł z mównicy, jego miejsce zajął o wiele młodszy mężczyzna, ubrany w kolorowe szaty, bogato zdobione i niewątpliwie bardzo modne.
- Panie i panowie, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że większość państw, pozbawiona swoich przywódców, może przez pewien czas borykać się z anarchią i buntami, ale w tych okolicznościach, chyba każdy obywatel rozumie, że wprowadzając zamieszanie, utrudnia nam rządzenie i pogarsza tym samym swoją własną sytuację...
- Powiedz to chłopom! Nie nam! - wrzasnął któryś z ministrów.
- Arebora po stracie szejka podniosła bunt, oni tam palą własne domy, mordują się nawzajem! - zawtórował mu jeden z książąt.
- Poddajmy się! Ocalmy chociaż najważniejszych! - krzyknęła jakaś wytwornie ubrana dama.
.....Marszałek Baronii musiał odczekać kilka chwil, nim uczestnicy spotkania się uspokoili.
- Jeśli się poddamy, jaki los nas czeka? W łańcuchach, w obrożach na szyi? Tego chcecie dla siebie i swoich ludzi?
- Co zatem proponujesz? - zapytał unosząc dłoń jeden z zamożnych kupców Kalvaru.
- Walczmy! Walczmy ile sił w naszych dłoniach i tchu w płucach! - podniósł głos marszałek. - Co nam z życia, skoro skończymy w masowym grobie, jako niewolnicy, lub pokarm tych bestii. Walczmy, póki mamy czym i jak!
- Czym? Mamy czym? Nasze strzały, przeciwko ich kulomiotom, nasze kopie przeciwko ich błyszczącym ostrzom, nasza stal, przeciw ich niezniszczalnej skorupie? - dopytywała deputowana z Petryd.
- Owszem, nasze strzały ich zabijają, nasze kopie ich dziesiątkują, nasze topory rąbią ich na kawałki, a to dlatego, że jest nas setki razy więcej niż ich. W końcu zacznie im brakować sił, ich technologia się wyczerpie, a wtedy...
- Kiedy, jak już wyrżną nas całe tysiące? - zapytał opasły kapłan, odziany w błękitne szaty wyszywane złotem, na co marszałek odpowiedział bez zwłoki.
- Tak, straty będą nieobliczalne, ale dzięki nim inni przetrwają, nie rozumiecie tego?
.....Na sali powstała wrzawa, ludzie zaczęli się przekrzykiwać, i potrzeba było niemal piętnaście minut, żeby z powrotem zapanował spokój. Na mównicę wstąpiła wysoka kobieta, ubrana w skórzany strój, jej blond warkocze opadały na silne ramiona, bez dwóch zdań należące do wojowniczki z Dunów.
- Skomlecie tu jak obite psy w budzie, nasz król, mój ojciec zginął tam, w Petryd ale to nie powód, żebyśmy schowali się w koncie i łkali jak pizdy. Ja i mój lód również jesteśmy za walką i nie oszczędzimy krwi naszej, ani potu, by wybić to ścierwo i pozbyć się go raz na zawsze. Nie jesteśmy jednak tępymi dzikusami, jak większość z was, paniusie i fircyki uważa. Mamy rozum i wiemy, że z patykiem na ich potwory nie ma sensu się rzucać, pytam więc, gdzie jest Goth i dlaczego nie zdecydują się w końcu oddać nam swojej tajemnicy?
.....Sala zawrzała jednostajnym wrzaskiem, wypowiedź młodej królowej Dunów trafiła dokładnie w sedno. Jedyny, obecny na sali przedstawiciel państwa Goth, siedzący dotąd w milczeniu na swoim krześle, podniósł się i odczekał kilka chwil, nim tłum dał mu dojść do głosu. Mężczyzna ściągnął z oczu przyciemniane gogle, wsparł się dłońmi na poręczy swojej ambony i rzekł.
- Tajemnicę wytwarzania broni, planujemy utrzymać za wszelką cenę przed wami, a to z tego powodu, że pozabijalibyście się wzajemnie w przeciągu roku. Znamy naszą historię, wiemy jak się toczyła i wiemy, że nie zawsze panował tu pokój i przyjaźń. Mamy kryzys, owszem, ale poradzimy sobie z nim tak czy inaczej. Jeśli użyjemy do tego broni, po pokonaniu wroga nic was nie powstrzyma przed tym, by używać jej dalej, przeciw sobie...
.....Wrzawa w sali podniosła się na powrót, przedstawiciel Goth zignorował to, założył swoje gogle, poprawił pas z zatkniętymi w szlufki kilkoma sztukami samopałów i wyszedł niespiesznie z z sali, roztrącając zachodzących mu drogę, wściekłych urzędników i możnych.
- Co za różnica, czy będziemy się mordować strzałami, nożami, czy ich kulami? - dopytywał któryś z ministrów.
- ...a może oni są w zmowie z obcymi? - zarzuciła dama w fioletowej sukni, z której przez przesadnie głęboki dekolt, w każdej chwili mogły wyskoczyć obie jej obfite piersi.
- Trzymają w tajemnicy przed nami jedyną broń na obcych! Zdrada! - darł się co sił w płucach mały książę z południa Baronii.
.....Obrady trwały do samego wieczora, przerywane co chwilę aplauzem, lub gwizdami i krzykami. Jedyne, co udało się uchwalić podczas tego niecodziennego spotkania, to prawo do zwiększenia podatków na werbowanie armii, oraz prawo od zajmowania ziemi pomniejszych właścicieli, w celu zasilenia skarbu państw.
Wspomniano również, o wielu wizjach ogłoszonych przez wyrocznie z całego globu, jednak te, zostały pominięte i nie brano ich pod obrady. Tak oto, zaprzepaszczono jedyną okazję, do wspólnego podjęcia niezbędnych kroków, które mogłyby pomóc w przepędzeniu obcych.
Plan, który jeszcze do niedawna był tak pilny i istotny dla Pana Tajemnic, stracił, na ważności... ale czy na pewno plan tego nie zakładał?

***************************************************************
....Festermus przejrzał odczyt z echosondy dostarczony przez serwoczaszkę, jaskinia była głęboka na wiele kilometrów i co najważniejsze, jej korytarze schodziły w dół, w kierunku morza. Obaj przywódcy armii Chaosu postanowili osobiście dowodzić ekspedycją poszukiwawczą, w innych okolicznościach, nie podjęliby tego ryzyka, jednak teraz, rywalizując ze sobą w niemym konflikcie, nie pozwalali, żeby przeciwnik uzyskał choć odrobinę przewagi.
Obaj też, pożałowali swojej decyzji już po kilkudziesięciu krokach, gdy usłyszeli za sobą huk zawału, który odciął ich od wejścia na dobrych kilka dni, jeśli nie wcale.
Nie pozostało nic innego, jak brnąć przed siebie w głąb jaskini w nadziei, że gdzieś tam, odnajdą inne wyjście.
Ostatnio zmieniony pt mar 23, 2018 12:15 pm przez Raziel, łącznie zmieniany 1 raz.
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#17 » wt mar 20, 2018 11:54 pm

ODCINEK TRZECI "Nadzieja"

.....Wiolain siedziała na ławce w ogrodzie, wieczorne słońce gubiło promienie w jej złotych włosach, a lekki wiatr rozwiewał je łagodnie, gdy uśmiechając się serdecznie, podglądała dwa bawiące się w trawie kociaki. Ogród tryskał zielenią i mnóstwem innych kolorów, kwitnące kwiaty pachniały obłędnie, owady szumiały w ich płatkach. Wiolain uwielbiała tu przesiadywać, to było tak różne od jej codziennych obowiązków, od jej pracy, służby.
Chrzęst kroków na wysypanej żwirem ścieżce wyrwał kobietę z zamyślenia, wystraszył również oba koty.
Wysoki, ubrany w granatowy kaftan mężczyzna, zatrzymał się przy ławce i usiadł obok staruszki.
- Już po obradach? - zapytała Wiolain, odwracając głowę w kierunku pobliskiego krzaka róży.
- Tak, W zasadzie skończyły się na samym początku, ale dopiero teraz oficjalnie wszyscy opuścili salę. - odpowiedział mężczyzna, przyglądając się kolorowemu ptakowi, który zawisł w powietrzu, spijając nektar z jednego z kwiatów.
.....Kobieta popatrzyła na przybysza, jej twarz spochmurniała, brwi załamywały się, jakby zaraz miała się rozpłakać. Mężczyzna rzucił na nią tylko okiem i ponownie odwrócił wzrok, chcąc darować jej upokorzenia.
- Tak jak przewidywałaś, zamiast radzić co robić, zaczęli walczyć ze sobą o władzę i dzielić świat na kawałki, tak jakby wygrana była czymś pewnym i nieuniknionym.
- Pytali o broń?
- Oczywiście, co chwilę zarzucali Goth zdradę.
- Co na to kapitan Erebour?
- Wyszedł, wyszedł jak tylko zaczęli wyzywać go od zdrajców.
.....Zapadła cisza, ostatnie promienie słońca błysnęły w agonii i zniknęły za horyzontem. Para siedziała w milczeniu jeszcze przez kilka minut, po czym kobieta, otulając się szczelniej białą narzutą spytała.
- Jak zareagowali na przepowiednie wyroczni?
- Nie zareagowali, przeszli nad tym do porządku dziennego... - odpowiedział mężczyzna nie ukrywając zaskoczenia.
- Jak to, zignorowali wizje pomocy? Jedyny sposób na wygraną? - Wiolain również była poruszona i rozgoryczona tą informacją.
- Ważniejsze było dla nich, żeby narzucić dodatkowe podatki na ludzi i zarekwirować im ziemię.
.....Kobieta wstała niespiesznie, zasiedziała się. Wyciągnęła rękę w stronę mężczyzny mówiąc.
- Zaprowadź mnie do pałacu, robi się chłodno.
Mężczyzna podniósł się z ławki, wziął Wiolain pod rękę i razem ruszyli w kierunku najbliższego budynku. Idąc rozmawiali szeptem, choć dookoła nie było nikogo, kto mógłby podsłuchiwać.
- Skoro narody straciły swoich przywódców, a ci, którzy w ich miejsce usiłują nieudolnie przejąć władzę są ślepi, chyba nie pozostaje nam nic innego, jak...
- Mówisz poważnie Wiolain? - mężczyzna przerwał jej w pół zdania. - Wiem, że to bardzo ciężka sytuacja, ale czy na pewno odpowiednia?
Staruszka zmrużyła oczy, mocniej ścisnęła rękę mężczyzny i patrząc w jego szare oczy odpowiedziała.
- Przysięgliśmy chronić ludzi przed tym, co może ich zgubić, przed sekretem broni. Jednak przysięgliśmy też, że ujawnimy sekret, gdy ludzie staną przed zagrożeniem z zewnątrz, poważnym zagrożeniem. To jest chyba ten czas Gail, inaczej tego nie postrzegam.
- Poczekaj... - rozpoczął głośną myśl mężczyzna. - Zagrożenie jest wielkie, ale to jeszcze nie jest totalna klęska. Owszem, straciliśmy potężną armię, przywódców, ale może to jest to obiecywane w proroctwach oczyszczenie, jak w czasie wojny bezdusznych?
- Nie, nie Gail, to coś innego, coś, czego nie przewidział nikt. Obcy znaleźli nasz świat, zasiali w nim swoje zakażone ziarno i nic tego nie zmieni. Nie ci, to inni w końcu tu przybędą, ze swoimi towarami, ze swoją kulturą, ze swoją wiarą. Nie unikniemy tego, będziemy z tym żyć, dostosujemy się, ale musimy mieć na to szansę. Przegoniliśmy kupców, zabroniliśmy im tu wracać i co? Zamiast nich spadło na nas to, szaleństwo. Diabły z kosmosu, różne rodzaje, walczą ze sobą, jakby nasza planeta była ich poligonem, placem zabaw. Niszczą nas, a my nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Bóg nas opuścił, zsyłał rady, wizje, pomoc, i nagle przestał. Czy potrzebujesz lepszego znaku? Potężniejszego dowodu Gail?
.....Mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami do budynku mówiąc.
- Nie, Wiolain, po prostu chciałem się upewnić, że to co czuję, jest w zgodzie z tym, o czym teraz myślisz i o co chcesz mnie poprosić.
Kobieta chwyciła obie dłonie Gaila szepcząc.
- Spróbujmy posłuchać wyroczni, wszystkie jednogłośnie nakazują użyć artefaktu tych przeklętych kupców z ich świętego Imperium. Zróbmy to, jeśli okaże się, że nic to nie zmieni, lub stanie się jeszcze gorzej, odkryjemy nasz sekret.
- Zgoda. - przyznał mężczyzna po namyśle. - Pojadę do Skały jeszcze dziś, użyję ten ich, jak go nazwali? Nadajnik? Wrócę za jakieś dwa dni, przygotuj się do opuszczenia pałacu. Zbliżają się zielone bestie, słyszałem, że jak dotąd są do nas nastawieni neutralnie, ale są też pogłoski, mówiące coś zgoła odmiennego.
- Dobrze Gail, mój drogi. Powiedz mi tylko, czy jaskinia... Jaskinia czy jest bezpieczna?
- Nie wiem, moja siostra jej pilnuje. W razie czego ma rozkaz zamknąć przejście i uruchomić obrońców, w ostateczności. - powiedział mężczyzna z wyczuwalną troską w głosie.
- Martwisz się o nią, niepotrzebnie. To najodważniejsza, najsilniejsza kobieta jaką znam od jej urodzenia. - pocieszyła go staruszka, tuląc matczynym uściskiem na pożegnanie.
Gail odwzajemnił uścisk i ruszył w kierunku furty wyjściowej z ogrodu. Kobieta odprowadził go wzrokiem, po czym weszła do budynku, ocierając z oczu łzy.

***************************************************
.....Ork wziął trzy głębokie wdechy, zacisnął pięści i ruszył przed siebie. Miał do pokonania kilkanaście metrów, na końcu tego spaceru, czekało jego przeznaczenie. Nic się nie zmieni, albo straci głowę, w grę wchodziły tylko te dwie opcje, taki już był los zwiadowców.
- Szefu? - zaczął ork niepewnie.
- Gadaj robaku. - odpowiedział mu wyższy od niego o połowę Skullathroer, który zajęty był odgniataniem blachy na swoim napierśniku, najwidoczniej wżynającej mu się w ciało.
- Kolczate chopaki siem polubiły. - wysapał zwiadowca, czekając na cios. Zamiast tego, usłyszał kolejne pytanie.
- Już siem nie klepiom po mordach?
- Ne szefu, majom pakta o jakiejś negresji, bijom ludziuf, naszych też bijom.
- Pakta o nieagresji, gadasz... - z niepasującym mu wręcz spokojem powtórzył szef, kończąc naprawiać pancerz.
- Bedzie trudniej, nasze chopaki bedo miały większe jebanie, ale bedzie trudniej.
.....Zwiadowca nie odzywał się, coś w głosie szefa go bardzo niepokoiło, ten spokój, opanowanie. Przed lądowaniem na planecie, szef z nudów odrywał głowy kilku chłopakom dziennie i przede wszystkim nie gadał tak mądrze. Teraz, w ciągu kilkudziesięciu dni zmienił się nie do poznania. Pośród chłopaków pojawiła się plotka, że szef przestał być orkiem.
- Co ze stoczniom? Jak idzie mekanikowi? - zapytał wielki ork, wybudzając zwiadowcę z letargu.
- Szefu, stalowa dziura prawie cała, mekanik gada, że jeszcze tylko trochę i bedo nowe dakkaloty, tanki i trukki.
- Hmm, to jest świetnie, świetnie. Możesz spadać robaku. - dodał szef od niechcenia, chwycił swój topór w dłoń, w drugą wziął wielki karabin z dwiema lufami.
- Szefu? Szysko dobrze? - zapomniał się zwiadowca i zapytał bezmyślnie. Wielki ork wyszczerzył pokruszone kły, kiwnął głową w kierunku placu u podnóża pagórka na którym stali i oświadczył.
- Bedzie dobrze robaku, to nic takiego, to tylko twój kolega kce mi odebrać mojom władzem. Gada złe, niedobre rzeczy o mnie. Więc bedzie bitka.
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#18 » pn kwie 02, 2018 9:51 am

ODCINEK TRZECI "Ślady historii"

Festermus i Octavius eksplorują kontynent, ich armie ruszają na zachód nawiązują kontakt radiowy, z dwiema kolejnymi armiami. Niestety wróg nie ma zamiaru ukrywać się po kątach. Nasi bohaterowie odkrywają obecność kolejnych zgrupowań wroga.
Na zachodzie pojawia się niewielka armia Arebory, oraz Petryd.
Na południowym zachodzie, w górach, pojawia się duże ugrupowanie zielonoskórych.
Zdobyta Chwała:
Festermus 4pkt (łącznie 11pkt)
Octawius 6pkt (łącznie 9pkt)
Obrazek
Obrazek



.....Ellen osobiście przypilnowała, żeby Strażnik Sekretu odpowiednio założył ładunki. Od tego zależała przyszłość całej planety, nie było mowy o pomyłce. Pozostali ludzie zajęli pozycje w załomach tunelu, czekając na rozkaz. W oddali, słychać było odgłosy walki, intruzi nadchodzili.
***************************************

Obrazek
Festermus zaraz za Octaviusem w towarzystwie gromady wszelkiej maści Chaotyków, właśnie zostali uwięzieni w podziemnych tunelach Petryd. Na szczęście ich echolokatory stworzyły dla nich wirtualną mapę podziemi, a detektory ruchu w miarę szybko ostrzegły o sporej aktywności na terenie lochów.

Obrazek
Czempion Batrax razem z bratem z Death Guard napotykają dwóch zdeterminowanych przeciwników. Ich prymitywna broń palna stanowi co prawda zagrożenie, jednak Space Marines szarżują bez zastanowienia wiedząc, że w zwarciu nikt nie ma z nimi szans.

Obrazek
Skopak po raz pierwszy i nie ostatni, wyrywa się do przodu, nadziewając się głupio na czających się przeciwników. Aż trudno uwierzyć, że ten stwór przeżył tyle lat na swojej ojczystej planecie.
Tymczasem zakapturzony mnich używa świecącego amuletu, w wyniku czego w pobliżu pojawia się portal, przez który do tuneli wskakują pink horrory.

Obrazek
Batrax eliminuje obu strażników, by w końcu dostać się do pomieszczenia, wyglądającego jak mała pracownia alchemiczna. Najbardziej zaskakującym jej elementem, jest plecak energetyczny, pochodzący z czasów zaraz po herezji. Czempion postanawia zbadać zagadkę. Plecak jest podłączony kablami do niewielkiego holoemitera, jakie w dawnych czasach używano w roli wideo pamiętników. Marine podłącza urządzenie do swojego zasilania. Holoprojektor ożywa.
***************************************

.....Batrax wciska guzik zasilania, urządzenie budzi się do życia, mała holosoczewka rozbłyska błękitem i w powietrzu, kilkanaście centymetrów nad blatem biurka, pojawia się dotykowe menu. Marine wybiera pierwszą opcję, dziennik. Hologram przedstawia hełm marine, najprawdopodobniej z Thousand Sons, lecz nie widać barw, bo cały obraz jest pokazany w poszarpanych odcieniach zieleni. Głowa przemawia, jej słowa są zarówno zobrazowane w formie napisu, jak i dźwięku, jednak głośniki urządzenia nie przetrwały, ich membrany sparciały i rozleciały się w pył.
Batrax ignorując dochodzące z oddali wystrzały i odgłosy walki, wczytał się w antyczny tekst.

Rok-0 Katastrofa
Wszystkie okręty osadników wyszły z Warpu awaryjnie, flota leciała w kierunku słońca. Magnetyczna burza słoneczna uszkadza większość elektroniki na okrętach, część floty zostaje zniszczona, część obiera awaryjny kurs wymijający. Z powodu awarii systemów nawigacyjnych, kurs nie podlega modyfikacjom. Flota podąża na najbliższą planetę. Awaryjny system wybudzania zamrożonych działa tylko przez krótką chwilę. Większa cześć populacji ginie w komorach hibernacyjnych.
Pytania:
- Co spowodowało wyjście floty z Warpu.
- Dlaczego cała flota wyszła z Warpu w tym samym czasie i miejscu.
- Dlaczego główny astropata floty nie wykrył ewentualnej anomalii.
- Dlaczego systemy awaryjnej kontroli ruchu, jednomyślnie skierowały flotę w tym samym kierunku, prowadząc ją do rozbicia o powierzchnię planety.
Odpowiedzi:
- brak
- brak
- brak
- brak

Statki floty rozbijają się o powierzchnię planety, w większości uderzają w akweny wodne.
Katastrofę przeżywa połowa populacji. Kolejna jej ćwierć ginie w najbliższym czasie z powodu utonięcia, ran, a później z powodu braku powietrza, w końcu z powodu braku wody i pożywienia.
Na powierzchnię planety udaje się wydostać zaledwie dziesięciu procentom stanu początkowego populacji.
Pozbawieni sprzętu, prowiantu i ochrony, rozpoczynają walkę o przetrwanie z niegościnną planetą.

Rok-1
Osadnicy usiłują wydobyć z zatopionych w głębinach wraków swój sprzęt. Nie są jednak w stanie pokonać przeszkody, jaką są głębiny i panujące w nich ciśnienie.
Na kilku rozbitych jednostkach, w różnym czasie dochodzi do eksplozji nuklearnych, spowodowanych wadliwymi systemami chłodzenia pracujących wciąż silników.

Rok-5
Następują kolejne dwie eksplozje, w jednej z nich ginie ekipa osadników, którym na wzór starożytnego powietrznego dzwonu, udało się wybudować prymitywny batyskaf.
Ludzkość pozostaje zdana na siebie.

Rok-20
Osadnicy osiągają wiek średni, lub starczy, ich potomkowie urodzeni na planecie zaczynają dorastać. Większość populacji stanowią wojskowi i robotnicy. Inżynierowie i rzemieślnicy ponieśli największe straty w czasie katastrofy. Taki stan rzeczy sprawia, że osadnicy nie są w stanie odtworzyć technologii, budować fabryk, ani maszyn.

Rok-30 Era Złomu
Osadnicy zapuszczają się w coraz dalsze zakątki kontynentu, nie mają w większości pojęcia o reszcie ocalałych. Udaje się znaleźć drobne ilości szczątków po katastrofach okrętów osadników, które uderzyły w ląd.
Grupie islamskiej udaj się rozpocząć hodowlę koni.
Na zachodzie kontynentu wybucha epidemia Słonecznej Gorączki.
Pytania:
- Dlaczego dopiero po trzydziestu latach osadnicy decydują się na poszerzenie terytorium.
- Jak dochodzi do powstania hodowli koni, oraz innych zwierząt ziemskich.
Odpowiedzi:
- Prawdopodobnie, osadnicy mieli trudności z przystosowaniem się do żyjącej na planecie fauny, być może dopiero po jakimś czasie, udało im się stworzyć skuteczną przeciw niej broń, lub inne metody.
- Prawdopodobnie, katastrofę przeżyły również egzemplarze tych zwierząt, okręty osadników zawsze były wyposażone w spore arki.

Rok-100 Era Plagi
Śmiercionośne plagi dziesiątkują osadników na całym globie. Społeczeństwo popada w coraz głębszy degres technologiczno-kulturowy.

Rok-500 Cofnięcie
Osadnicy łączą się w klany, lub rodziny. Zaczyna się rywalizacja o zasoby, wybuchają konflikty zbrojne. Populacja maleje gwałtownie i niemal znika z powierzchni planety.

Rok-2150 Przebudzenie Bezdusznych
Na planecie ląduje okręt obcej rasy. Obcy drążą w ziemi tunele, w poszukiwaniu próbek minerałów. Dochodzi do naruszenia dziwnej struktury, w wyniku czego zostają przebudzeni tak zwani Bezduszni.
Pytania:
- Kim są przedstawiciele obcej rasy.
- Kim są Bezduszni.
- O jaki minerał chodzi obcym i czy szukają jakiegoś konkretnego.
Odpowiedzi:
- Nagłe pojawienie, oraz późniejsze nagłe zniknięcie może wskazywać na Eldarów.
- W tym okresie, bezdusznymi mianowano Nekronów, których monolity odnaleziono w podpowierzchniowych, gigantycznych jaskiniach.
- brak

Rok-2155 Czas Zapomnienia
Bezduszni przepędzają obcych i z powrotem zaszywają się pod powierzchnią globu. Obcy znikają z planety.
System zostaje pochłonięty przez Immaterium na nieokreśloną ilość czasu.
Pytania:
- Dlaczego Nekroni nie atakują osadników.
- Od kiedy Nekroni przebywają w systemie.
Odpowiedzi:
- Prawdopodobnie osadnikom udaje się ich cudem uniknąć. Być może, systemy obronne Nekronów uruchomiły tylko niezbędne jednostki, które z łatwością pozbyły się obcych, bez konieczności wybudzania przywódców.
- brak

Rok-0 ne Nowa Era
Immaterium cofa się, na powrót odsłaniając system.
Zdziczali potomkowie osadników, zaczynają raz jeszcze tworzyć społeczności. Powstają pierwsze ośrodki nowej wiary.
Pytania:
- Co działo się z planetą i jej mieszkańcami w Immaterium.
- Co i jak wpłynęło na osadników, że tak gorliwie zaczęli wierzyć w nowego boga.
Odpowiedzi:
- brak
- Prawdopodobnie w Immaterium sam Tzeentch natchnął ludzi swoją wiedzą i mocą.

Rok-50ne
Klany jednoczą się, tworząc zalążki dzisiejszych państw. Klan Goth odkrywa tajemnicę swoich prekursorów. Powstaje Kult Tajemnicy Broni.
Pytania:
- Na czym polega Święta Tajemnica.
Odpowiedzi:
- brak

Rok-350ne
Umacnia się wiara w boga Tzentka. Nastaje duży bum kulturowy, społeczeństwa zaczynają kłaść coraz większy nacisk na kształcenie swoich potomków.

Rok-777ne Wojna Bezdusznych
Przybywamy na planetę, bracia odnaleźli wydrążone tunele, którymi zejdziemy w głąb planety. Spodziewamy się przebudzenia Nekronów i walki z nimi, jednak jesteśmy przygotowani.
Moje badania dowodzą, że z jakiegoś powodu nie są oni w stanie wyjść na powierzchnię, być może chodzi o zasilanie.
Jutro mistrz potrzebuje nas wszystkich, odnaleziono złoża minerału, którego szukali obcy. Po powrocie dokonam odpowiedniego wpisu.

Batriks patrzy w milczeniu na pusty obraz. Żadnego więcej wpisu nie dokonano, urządzenie milczy, skrywając tajemnicę swojego właściciela.
Marine zabiera ze sobą projektor, Festermus będzie rad z takiego znaleziska.
****************************************

Obrazek
Idący na przedzie kultyści, zaciągnięci w szeregi Octaviusa z tubylców pochodzących z rejonów Baronii, wchodzą prosto w pułapkę strzelców wyborowych Goth.

Obrazek
Pojawia się kolejny przeciwnik, mag Gothów, dysponujący zaawansowanym sprzętem jak na warunki panujące na planecie. Mnisi tymczasem, wzywają kolejne demony.

Obrazek
Octavius zapuszcza się samotnie w jedną z odnóg korytarzy, czekają na niego dwaj niesamowicie zwinni zabójcy, oraz mag. Zabójcy nie stanowią zagrożenia dla czempiona, jednak mag, dzięki swojej mocy, rani poważnie nacierającego Chaotyka, po czym znika czarem teleportacji.
Oszalały z wściekłości Octavius, postanawia pięścią energetyczną przebić się przez ścianę, do następnej lokacji.

Obrazek
Rozproszeni po całych podziemiach Chaotycy, brną w dół, w kierunku rozwikłania zagadki rozbitego okrętu osadników.

Obrazek
Tymczasem, pechowy jak zwykle Skopak, biegnąc w górę, w kierunku wyjścia z podziemi, natrafia na grupę oryginalnych mieszkańców tej skalistej pułapki. Mutant podejmuje złą decyzję, stara się przemknąć między potworami w kierunku wyjścia.
Opluty żrącym kwasem, pada nieprzytomny i na wpółżywy.

Obrazek
Festermus brnie do przodu, eliminując kolejne demony, podstępnie przyzywane co chwilę, przez chowających się po kątach magów. Fanatycy Octaviusa tymczasem, wpadają na pomysł skrócenia sobie drogi, poprzez wysadzenie ściany granatami. Plan się powodzi, jednak na skutek eksplozji, cała jaskinia zaczyna się walić, z sufitu spadają odłamki skał, a ściany pękają powoli, niczym tafla lodu na jeziorze.

Obrazek
Ostatni bastion. Strażnicy Sekretu, dowodząca nimi Ellen oraz magowie i mnisi, szykują się do walki.

Obrazek
Festermus razem ze Skyraxem i pozostałymi braćmi z Death Guard, ścierają się w zaskakująco trudnej walce, w której niesamowicie zwinna Ellen, omal nie powala czempiona Nurgla.

Obrazek
Idioci z obozu Octaviusa, ignorując zagrożenie zawału całego kompleksu jaskiń, wysadzają kolejną ścianę. Skutki są opłakane, część przebywających w korytarzach wojowników ginie pod gruzami.
Ale to nie ostatnia eksplozja tego dnia. Dokładnie w chwili, kiedy Festermus zauważa za plecami strażników metalowe grodzie w ścianie, następuje kolejna eksplozja.
Strażnicy Sekretu postanawiają pogrzebać siebie i wrogów żywcem, aby tyko nie odkryto ich tajemnicy. Zaczyna się paniczna ucieczka w stronę wyjścia z jaskini.
Na całe szczęście, części Chaotyków udaje się dotrzeć do komnaty z wielkimi robalami, gdzie Octavius stacza heroiczną walkę z potężnym czerwiem, składając go w hołdzie dla swojego boga krwi i szaleństwa.
Obaj czempioni, w towarzystwie niedobitków swoich drużyn, podążają tunelem na północ, w kierunku wyjścia. Po drodze, Octavius postanawia zebrać z ziemi nieprzytomnego Skopaka, mutant nie z takich opresji wychodził z życiem, może i tym razem dopisze mu szczęście.
*****************************************

.....Większy, pokryty nieco ciemniejszą skórą, ale o wiele gorzej wyposażony ork, zachodził powoli swojego przeciwnika. Boss stał w miejscu, uniósł swój karabin na wysokość piersi tamtego i łypiąc na niego ślepiami krzyknął.
- Wyprujem ci flaki gnido! Nikt nie będzie mnie nazywał nieorkiem, nikt! Dawaj tu! Dawaj tu z tym swoim krzywym ryłem, naprawiem ci paszczem jak żadyn mekkanik przedemnom!
Krążący ork ubrany był w podarte spodnie i skórzaną bluzę, w jednej dłoni trzymał prosty pistolet, w drugiej kawałek żelastwa, którym z powodzeniem mógłby przeciąć człowieka wpół. Boss natomiast, uzbrojony był po zęby, przy pasie zwisał mu wielki, dwulufowy pistolet, w ręku trzymał szybkostrzelny karabin, a do walki wręcz, służył mu ogromny topór energetyczny. Zakuty był przy tym w blachy, chroniące niemal całe jego potężne ciało.
.....Skullathroer nacisnął spust, z obu luf jego karabinu posypał się grad kul. Przeciwnik przeturlał się do przodu i w lewo, unikając chmury lecącego ołowiu, po drodze chwytając leżące na ziemi drzwi od rozmontowanej ciężarówki. Używając ich niczym tarczy, przebiegł kilkoma susami w pobliże Bossa. Kilak kul przebiło się przez czerwoną blachę, jednak trafiły orka w niepotrzebne mu teraz rzeczy, więc zignorował to i ból, jaki wywołały rany.
Boss był poirytowany, wypruł całe dwa magazynki w piach, a jego przeciwnik żył nadal, opcja szybkiego zakończenia sporu przestała być osiągalna. Cisnął karabin na bok i chwycił oburącz topór, akurat wtedy, gdy wróg rzucił niesionymi drzwiami i zaszarżował. Skullathroer, odsunął się z toru lotu podziurawionej blachy, wchodząc tym samym w tor szarży młodszego orka.
.....Bezimienny zielonoskóry wymierzył celny cios i dźgnął między spoiny blach na udzie Bossa. Tamten zawył z bólu, najwyraźniej nie spodziewał się tak zaskakującego ataku. Machnął nieporadnie toporem nad głową napastnika i zaczął się cofać. Młody ork nacierał, walnął barkiem w pierś Skullathroera, wytrącając go z równowagi i po raz kolejny dźgnął go swoją maczetą w broczącą krwią nogę.
Boss tracił kontrolę nad tym co się działo, nie dość, że walka kompletnie nie szła po jego myśli, to na domiar złego, w głowie zaczęły mu się kotłować jakieś zlepki zdań, dziwne słowa, czyjeś rady, rozkazy. Chwycił dłonią czoło, mrużąc oczy i potrząsając głową.
.....Młody ork zauważył rozkojarzenie Bossa i nie pozwolił sobie na zmarnowanie takiej okazji. Wyskoczył w powietrze, chwycił naramiennik przeciwnika i obrócił się wokół niego, nadając ciału wroga pęd, dzięki któremu udało mu się go przechylić i cisnąć nim o ziemię.
Skullathroer otworzył szeroko oczy, leżał na plecach, jego prawa ręka była nienaturalnie wykręcona, ze zgięcia w łokciu, spomiędzy blach pancerza, wystawały dwie złamane kości. Nieustępliwy ból rozszarpywał jego nogę, a w stronę oczu zbliżał się jego własny topór. Mgła zeszła z oczu i z umysłu Bossa za sprawą bólu, w ułamku sekund zrozumiał, że wszystko o czym myślał przez ostatnie tygodnie, to były obce myśli.
- Zaczek... - nie zdążył dokończyć zdania Skullathroer, któremu młody ork odciął głowę jednym, potężnym cięciem topora.
.....Ork w poszarpanej kurtce, broczący krwią z kilku ran postrzałowych stanął tryumfalnie jedną stopą na podrygującym ciele byłego Bossa, wzniósł nad głowę topór energetyczny i ryknął potężnym, silnym głosem. Kibicujący walczącym orkowie, zakrzyknęli również, wznosząc do góry swoją broń, strzelając z pistoletów, ktoś nawet rzucił granatem.
- Jestem Earthquakk, tera ja tu rzomdzem! I jako pierwsze zarzomdzam, koniec tego pierdoleniaaaa!
Wszyscy jednym głosem wykrzyknęli uradowane „Taaaak”, a potem już bardziej dziko i z werwą „Łaaaaaa!”
- Gdzie je najbliska mieścina ludzióf? - zapytał Earthquakk patrząc na stojącego z boku doradcę byłego Bossa. Mały okutany niebieską szmatą ork, skrzywił się i powiedział niepewnym głosem.
- Ale szefu zabronił atakować ludzióf...
.....Nim doradca skończył, Earthquakk wyszarpnął zza pasa martwego Bossa pistolet i wypalił z niego prosto w głowę nieszczęśnika mówiąc.
- No wiemc nie mam doradcy, ty... - mówiąc to, młody Boss wskazał jednego z najbliższych zielonoskórych, który wcześniej kibicował jego przeciwnikowi. - ...ty będziesz tera moim majnistrem od spraf najważniejszych! Czyli takich, co ja siem o nie ciebie spytam, jasne?
Świeżo mianowany doradca przełknął ślinę, robiąc wielkie oczy, ktoś popchnął go w plecy i nieszczęśnik nagle znalazł się na środku placu, ślizgając się we krwi swojego byłego szefa.
- No? Wiemc gdzie som najbliskie mieściny ludzióf? - dopytywał Earthquakk.
- Rzut czerepem... - powiedział doradca, przełykając ślinę z coraz większym trudem. - Mogem szefa zaprowadzić. - dodał w końcu, wskazując kierunek drgającą dłonią. Earthquakk uśmiechnął się, wzniósł topór ponownie wysoko nad głowę i zaryczał.
- Koniec tej ściemyyyy! Idziemy napierdalaaaaać! Łłłaaaaaaaaghhh!
**************************************************

.....Wielki chirurg patrzył w ekran monitora z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jedynie po spiętych mięśniach jego wielkiego ciała można było wywnioskować, że z trudem powstrzymuje się od użycia siły na najbliższej okolicy.
Stojący w pobliżu wyjścia z mostka okrętu, patrzyli na swojego mistrza niepewni, co się zaraz wydarzy. Widzieli go nieraz jak tracił nad sobą panowanie, jednak nawet wtedy zachowywał się jak jedna z najinteligentniejszych istot na świecie. Tym razem, coś wisiało w powietrzu i pewność siebie wszystkich trzech obserwatorów zniknęła. Oczywiście nie bali się, po prostu nie byli pewni co się stanie.
.....Chirurg rozluźnił się, opuścił wszystkie trzy ręce po bokach i spojrzał na sufit, jakby szukając wyrytych na nim odpowiedzi, na swoje niezadane pytania.
- Jeszcze raz, chcecie mi powiedzieć, że dojście do cmentarza zostało zasypane skałami, a zdziesiątkowani intruzi ledwo uszli z życiem? - zapytał chirurg, jedynie trochę starając się, by jego głos był stonowany i spokojny.
- Tak jest mistrzu, nasz zwiadowca doniósł, że intruzi zaczęli wysadzać jaskinię w powietrze zaraz po pierwszym zawale. Po znalezieniu wejścia do okrętu wywołali kolejną eksplozję ryzykując życiem i zbiegli w kierunku wybrzeża. - tubalnym głosem, odpowiedział jeden z obserwatorów, którego wizjery w hełmie błyszczały głęboką zielenią. Drugi, stojący kilka kroków dalej dodał.
- Wiemy też, że odczytali pamiętnik naszego brata, nie poznali jego tożsamości, ale teraz znają historię planety, wiedzą o Nekronach i o tym, że już raz próbowaliśmy ich stąd wykurzyć.
.....Chirurg zamyślił się na dłuższą chwilę, w ciszy analizując informacje przelatujące przed jego oczyma na ekranie monitora. W końcu zatrzymał potok zdań z raportu i wskazał pazurem jeden z wpisów mówiąc.
- Co znaczy, że nasi szpiedzy w bazach zielonoskórych zostali wyeliminowani?
Trzeci z obserwatorów, którego głowa nie była schowana pod hełmem odchrząknął i odpowiedział.
- Jak wspomniałem, szef orków, którego z takim wielkim trudem zdołaliśmy omamić i zmanipulować, zginął, został zabity przez nowego przywódcę barbarzyńców. Ten z kolei, rozkazał wyłapać wszystkich naszych agentów i wymordował ich.
- Tego się spodziewałem cholera, ale nie tak szybko. - zirytował się chirurg. - Wątpię, by udała nam się ponownie ta sama sztuczka, teraz orkowie będą niszczyć wszystko i wszystkich.
- Już to robią mistrzu, napadają na tubylców i mordują niemal bez oporu, ci idioci cały czas myślą, że zielonoskórzy są po ich stronie. - wtrącił pierwszy z obserwatorów.
- Ten nowy szef spuścił ich ze smyczy, nie powstrzymamy ich. Oby intruzi w porę zebrali szeregi i zajęli się tym problemem. Tylko, że w tej chwili my, nie mamy już żadnej kontroli nad tym, co się dzieje.
.....Nastała cisza, tylko brzęczenie konsolety sterowej przerywało ją od czasu do czasu. Obserwatorzy stali nadal w milczeniu, patrząc na swojego mistrza z zaciekawieniem. Nadal nie czuli lęku, tylko tą dziwną świadomość, że nie wiedzą, co się może wydarzyć za chwilę.
- Czekamy. - powiedział chirurg nagle, jakby coś przyszło mu do głowy. - Pozostaje nadzieja w tubylcach, oby zrozumieli, że sami nie poradzą sobie z tym wszystkim. Bądźcie gotowi, a tymczasem wracajcie do swoich obowiązków.
.....Gdy sterówka opustoszała, samotny chirurg rozsiadł się na wielkim siedzisku, patrząc w sufit z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#19 » pt cze 22, 2018 12:21 pm

ODCINEK CZWARTY "Konsekwencje"

.....Gail się spieszył, widać to było po jego postawie, po szybkich, energicznie stawianych krokach, po zaciętym wyrazie twarzy i po drżących dłoniach, w których trzymał dwa zwinięte w rulony pergaminy. Mężczyzna dopiero co wrócił z pałacu swojej matki, lady Wiolain, wspólnie doszli do wniosku, że aby uchronić swój świat od klęski, trzeba się zdecydować na mniejsze zło. Niestety, inni, wpływowi ludzie mieli odmienne zdanie w tej sprawie.
Gail dosłownie wbiegł po schodach Wielkiego Archiwum, miał do pokonania jeszcze kilka korytarzy i kolejne schody, jednak straż wewnątrz budynku mogła okazać się dla niego poważną przeszkodą.
.....Już na pierwszym skrzyżowaniu bogato zdobionego korytarza, na którego ścianach wisiały oprawione w platynę portrety gustownie ubranych ludzi, dwóch odzianych w galowe mundury młodzieńców zastąpiło mu drogę. Gail bez namysłu cisnął w dłoń jednego z nich pierwszy pergamin i nie czekając aż ten skończy go czytać, roztrącił obu młodzików i podążył dalej, w stronę stromych schodów. Na szczęście pergamin wystarczył, teraz mogło już być tylko trudniej.
Pokonał dwa skręty, wszedł na szerokie skrzyżowanie i dalej pomknął w kierunku magazynu, mijani urzędnicy i archiwiści przyglądali mu się z zaciekawieniem, znali go, lecz chyba nigdy nie widzieli go tak zdenerwowanego, ani tak zdeterminowanego.
.....Nadszedł najtrudniejszy moment, strażnicy przed wejściem do magazynu artefaktów. Było ich trzech, dwaj zwykli żołnierze, z którymi zapewne poszło by gładko, ale towarzyszył im kapitan Draubmann, który krótko mówiąc, nie cierpiał Gaila.
- Stać! W imieniu Wielkiej Sali! - zawołał kapitan na sam widok idącego. Gail nie miał wyjścia, zatrzymał się wyciągając przed siebie ostatni z pergaminów. Nie odezwał się. Wartownik z widoczna niechęcią sięgnął po pergamin, jednak nim zrobił z nim cokolwiek, wpierw zapytał.
- Co to ma być?
- Przeczytaj. - skwitował krótko Gail, starając się, aby jego głos nie zdradzał zniecierpliwienia, ani tym bardziej zdenerwowania. Kapitan rozwinął pergamin niespiesznie, w zasadził rzucił tylko nań okiem i rzekł z ironią w głosie.
- Bzdury jakieś, to jest pańskie pismo, pańska pieczęć, pański pakt, z którego wynika, że sam, sobie pan zezwala na wejście do magazynu artefaktów. Kpina! Mam rozkaz z samej Wielkiej Sali, żeby nie wpuszczać nikogo bez ważnego, podbitego pieczęcią Sali paktu.
.....Gail zdawał sobie sprawę z tego, że zaraz będzie musiał zrobić coś, czego oboje z matką za wszelką cenę chcieli uniknąć.
- Posłuchaj mnie Draubmann, w tej chwili się odwrócisz, ja wejdę do środka, po chwili wyjdę, a ty, jak niby nigdy nic puścisz mnie wolno, o wszystkim zapomnimy i obejdzie się bez kłopotów. Rozumiesz?
- Rozumiem doskonale. - odrzekł po chwili namysłu kapitan, cofnął się o krok i wydał rozkaz swoim, nieco zdezorientowanym ludziom.
- Aresztować tego przestępcę! Zostaniesz postawiony przed Wielką Salą pod zarzutem fałszowania paktów, próby przekupstwa, zastraszenia funkcjonariuszy, oraz użycia siły!
Obaj młodzi wartownicy bardzo niepewnie, ale przesunęli się do przodu, ściskając w drżących dłoniach pokaźnych rozmiarów halabardy. Gail odsłonił połę długiego płaszcza, pokazując ostentacyjnie przytroczony do pasa miecz. Młodzieńcom oczy wyszły z orbit, sam kapitan również nie zdołał ukryć szoku i cofnął się jeszcze bardziej w stronę drzwi, otwierając usta do krzyku.
- Allllaa... - urwał, gdyż błyskawicznie wyciągniętym z pochwy mieczem, Gail odciął mu górną wargę wraz z resztą głowy.
.....Czarne ostrze wykonane z necrodemis zabrzęczało złowróżbnie, młodzi wartownicy rozstąpili się, jednocześnie rzucając na wypolerowane panele podłogi swoją broń. Gail nie czekał aż się pozbierają, wyszarpnął zza paska trupa pęk z kluczami, wyłuskał z niego ten ze zdobieniem w kształcie gałki ocznej i wsadził go w zamek drzwi.
Wewnątrz magazynu czuć było wiszący w powietrzu eter, nasycenie mocy w tym miejscu było niesamowite, prawdopodobnie wszystkie artefakty z całej planety znajdowały się tutaj, jednak teraz tylko jeden był na tyle cenny i ważny, że ktokolwiek zdecydował się wtargnąć po niego siłą do magazynu.
Gail słyszał rosnącą wrzawę na korytarzu, miał niewiele czasu, na szczęście znał lokalizację nadajnika, sam go tu pozostawił jakiś czas temu. Podszedł do niewielkiej pułki, na której pomiędzy różnymi, przedziwnymi przedmiotami, leżała dosyć spora skrzyneczka zielonego koloru, z której farba pod wpływem wilgoci odprysła z powycieranych krawędzi.
.....Mężczyzna szybko przypomniał sobie instrukcję pozostawioną przez obcych z Imperium, wcisnął niewielki przycisk na obudowie. Przez chwilę nic się nie działo, gwar na korytarzu przybrał na sile. Gail zastanawiał się, jak długo wytrzymają drzwi, w które ktoś zaczął uderzać z hukiem.
Urządzenie tymczasem ożyło, zapaliła się na nim mała, pomarańczowa kropka. Gail wcisnął kolejny guzik, a gdy obok pomarańczowej, zapaliła się zielona kropka, wcisnął jeszcze dwa przyciski i czekał obserwując framugę drzwi, podrygującą w rytm uderzeń.
W końcu wszystkie kropki na ściance urządzenia rozbłysły jasną zielenią, Gail odczekał piętnaście uderzeń serca zgodnie z instrukcją, po czym przeciął na pół skrzynkę swoim artefaktycznym mieczem. Uśmiechnął się sam do siebie, zaczęło się, miał nadzieję, że jego poświęcenie, poświęcenie jego siostry, oraz ciężka praca jego matki zdadzą się na coś.
Drzwi wypadły z hukiem z framugi, do środka razem z nimi wpadł wielki dryblas, który najwyraźniej wyważył je własnym barkiem, za nim do pomieszczenia wlała się fala wrzeszczących, wymachujących dziko bronią mężczyzn.
- Kiepskie te zabezpieczenia, jak na magazyn artefaktów. - skwitował Gail, stając w szerokim rozkroku, zakładając dłonie za głowę w geście poddania.
****************************

.....Leon pogładził nagą pierś śpiącej Max, nieco więcej czasu poświęcając sterczącemu sutkowi. Dziewczyna spała twardo, jednak najwyraźniej nawet przez sen nie sprawiło jej to zbytniej przyjemności, odwróciła się więc energicznie na bok, niemal nie wybijając Leonowi łokciem zębów. „Potrafi zabić, nawet jak śpi” pomyślał, błądząc wzrokiem po linii jej kręgosłupa, kończącej się na wypiętych pośladkach. Leon wyszczerzył zęby z zadowolenia, nowa pozycja jego partnerki obiecywała o wiele większą satysfakcje, wtulił się w nią, jednocześnie pewnym chwytem unieruchamiając jej luźny łokieć, implanty zębów były drogie.
.....Nagle, w pomieszczeniu obok zapiszczał komunikator. Leon przeklął siarczyście, spoglądając na zamknięte oczy Max i gdy wydawało mu się, że sytuacja jest pod kontrolą pozwalając na dalsze miłosne podchody, komunikator zaskrzeczał irytującym dźwiękiem po raz kolejny.
- Co jest kurwa... co ty kurwa robisz? - zapytała nieco zamroczona Max, wbijając łokieć w żebra Leona, który nie zdążył nawet zareagować. Komunikator wył przeciągle, teraz pewnie cały blok już nie spał.
- Mówiłam ci, żebyś się do mnie nie dobierał jak śpię ty trutniu! - warknęła dziewczyna wstając z łóżka i idąc do łazienki. - I wyłącz to ustrojstwo, ja pierdolę!
.....Leon rozmasował stłuczony bok, suka mogła mu połamać żebra. Skoro z nocnych igraszek wyszły nici, postanowił chociaż sprawdzić, kto tak skutecznie pozbawił go przyjemności.
Gdy podchodził do komunikatora, z daleka zobaczył ksywę dzwoniącego na wyświetlaczu i momentalnie zapomniał o dupie Max i reszcie całego świata.
- Burton? Co jest? - zapytał pospiesznie, odbierając połączenie. Głośnik nieco przestarzałego urządzenia zaskrzeczał, po czym wydobył się z niego charakterystyczny, charczący głos.
- Leo, jesteś tam? Jest sygnał...
.....Leon dostał się do gwiezdnego portu w ciągu niespełna godziny, o tej porze zarówno powietrzne jak i tunelowe autostrady były puste.
Ubrał swój znoszony, szary kombinezon i poprzecierane na tyłku spodnie, za pas wsunął mały pistolet, a na plecach niósł co prawda pusty, ale nieraz bardzo przydatny plecak.
Wpadł na ruchomą platformę dosłownie w ostatniej chwili, roztrącając stojących w niej ludzi, ktoś mruknął coś pod nosem w jego kierunku, jakieś grube babsko taksowało go krytycznym wzrokiem, miał to gdzieś, trzymał kciuki za windę, żeby jechała szybciej i bluzgał siarczyście za każdym razem, gdy zatrzymywała się na kolejnych poziomach portu.
.....W końcu przyszła kolej na niego, specjalnie potrącił grubą babę wychodząc z platformy i z zadowoleniem uśmiechnął się do niej zjadliwie widząc, że przez niego upuściła na podłogę torebkę, z której wysypały się różne bibeloty.
Popędził korytarzem przed siebie, przeczesując dłonią krótkie, blond włosy wyrobionym gestem. Dopadł w końcu do odrapanych z farby drzwi i niecierpliwie wcisnął przycisk interkomu. Drzwi się otworzyły, nikt nawet nie pytał o tożsamość intruza.
Wnętrze nie przypominało reszty najczęściej odwiedzanych części portu, ściany były porysowane, farba odchodziła z nich płatami, a największe jej ubytki zaklejono plakatami przedstawiającymi nagie kobiety, którym ktoś pozaklejał najbardziej odsłonięte zakamarki, czarnymi gwiazdkami z taśmy pakowej.
.....Leon omal nie potknął się o stertę pudełek po jedzeniu na wynos, która zaścielała niemal cały korytarz prowadzący do głównego pomieszczenia. W niektórych były jeszcze resztki pokarmu, smród był nie do wytrzymania.
- Mów! - Leon niemal krzyknął, podchodząc do siedzącego w zdezelowanym fotelu mężczyzny, który stukał palcami w klawiaturę konsolety, wbudowanej w obszerne biurko, przy którym siedział. Mężczyzna na oko ważył około dwustu kilogramów, jego ręka była gruba jak udo Leona, może grubsza, jednak mężczyźnie to nie przeszkadzało w obsłudze klawiatury z niewiarygodną szybkością.
.....Ciemne, zasnute dymem z wodnej fajki pomieszczenie, całe zagracone było przeróżnym sprzętem teleinformatycznym i komputerowym. Cześć z tego zapewne była tu nielegalnie, może nawet całość, Leon nie raz zastanawiał się, jak Burton to robi, że straż portowa jeszcze nigdy nie zrobiła mu kipiszu. Siedzący przy biurku odwrócił się w stronę przybysza, wory pod jego oczami wyglądały na co najmniej kilkudniowy skutek braku snu, oraz nadmiaru wdychanych oparów.
- Leo, nie krzycz kutwa na mnie, powinieneś mnie po stopach całować. - wycharczał, a nie wypowiedział słowa Grubas, opluwając przy tym swoją zaślinioną, niebieską podkoszulkę. Leon spojrzał ukradkiem na wciśnięte w klapki, owłosione stopy przyjaciela i aż ciarki przeszły go po plecach.
- Dobra, przepraszam już, mów co tam masz? - postarał się, żeby to zabrzmiało jak najbardziej pojednawczo. Burton z powrotem zajął się stukaniem w klawiaturę, nie patrzył przy tym wcale na nią, tylko wlepił wzrok w ekran poplamionego monitora stojącego przed nim.
- Sygnał doszedł dwie godziny temu, nie od razu go przyjąłem, byłem w kiblu, rozumiesz. - Burton zaśmiał się obleśnie, odwracając się i mrugając do Leona porozumiewawczo.
- To było dokładnie sześć sygnałów, jeśli wszystko zrobiono zgodnie z instrukcją, powinno być minimum, cztery, maximum sześć sygnałów. Leo, mamy zaproszenie chłopie!
.....Leon chciał poklepać kolegę po ramieniu ze szczęścia, ale zrezygnował widząc krople potu mężczyzny, drążące swoiste koryta w warstwie... Wolał nawet się nad tym nie zastanawiać. Klasnął zamiast tego w dłonie i zagwizdał przeciągle.
- Sprawdziłeś to, dokładnie? Nie ma mowy o pomyłce?
- Za kogo ty mnie masz, Leo, siedzi przed tobą mistrz klawiatury, najpierw ja tu się dowiaduję o wszystkim, a potem dopiero inni mogą coś z tego uszczknąć... - Leon zmarszczył nagle brwi, widząc to Burton zareagował pośpiesznie.
- No co ty, tej informacji nie puszczę dalej za żadne skarby, przyjacielu, nie jestem idiotą. Powiedz mi lepiej, kiedy masz zamiar zebrać ludzi i którym mamy zaufać.
.....Leon przeczesał czuprynę palcami zastanawiając się przez chwilę po czym zapytał wlepiając nieobecny wzrok w plamy na ekranie monitora.
- Jak długo czasu szła ta wiadomość?
- Prawdopodobnie półtora tygodnia, można dodać, odjąć po dwa dni, nie więcej. - odpowiedział z dumą Burton zadowolony, że bez problemów może podtrzymać opinię o sobie, według której wiedział wszystko i zawsze najdokładniej.
- Podam ci listę, na piśmie, potem ją zniszcz, nikomu z nich nie mów o co chodzi naprawdę. Przekaż, że mamy do zrobienia standardową „przewrotkę”, powiem im prawdę dopiero na miejscu.
.....Leon chwycił poły swojego kombinezonu naciągając je, lubił ten gest. Następnie oderwał wzrok od monitora i spojrzał w przekrwione oczy przyjaciela mówiąc.
- Burton, prosiaku wstrętny, jak wszystko dobrze pójdzie, będziesz najbogatszym skurwielem w tym systemie, kumasz?
***************************

.....Festermus skończył oglądać po raz kolejny holoprojekcję z notatnika znalezionego kilka dni temu w zasypanym tunelu. Czempion miał wrażenie, że Octavius kompletnie nie przejmuje się historią, jaką obaj poznali dzięki artefaktowi. Jakby na dowód tego, Octavius kończył właśnie jedną ze swoich agitatorskich przemów, skierowaną do niewielkiego tłumu jeńców zebranych w naprędce zbudowanym ostrokole. Kilkunastu tubylców krzyknęło głośno z aprobatą, kilka głosów brzmiało nawet przekonująco.
Festermus odwrócił wzrok od swojego niedawnego wroga i popatrzył na kultystów, którzy z zapałem składali tymczasowy obóz, szykując się do wymarszu.
.....Sojusz czekały trzy dni drogi, tyle mniej więcej czasu potrzebowali, żeby dotrzeć do lokacji, z której nadchodziły meldunki większego zgrupowania sił zarówno Death Guard, jak i fanatyków Octaviusa.
Festermus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli szybko nie zaczną budować infrastruktury potrzebnej do wytworzenia ciężkiego sprzętu, ich los zostanie przypieczętowany, a resztę swojego życia spędzą na LA-XII. Marine wstał ze stalowej skrzyni na której siedział, chciał przejść się do rozbieranego właśnie magazynu, żeby popędzić pracujących tam mutantów, jednak drogę zastąpił mu nieoczekiwanie zwiadowca.
.....Mały człowieczek ukłonił się, nabrał tchu w płuca i popatrzył wyczekująco na swojego pana, nie będąc pewnym, czy może mówić bez pozwolenia. Festermusa irytowali tutejsi kultyści, przepełniała ich stara, prehistoryczna kultura i spróchniałe obyczaje.
- Mów. - warknął na zwiadowcę, cały czas patrząc na ociągających się przy magazynie robotników.
- Duża, grupa, stalowi, na kołach, dym. - oczywiście zwiadowca nie znał jeszcze za dobrze języka, a translatory kiepsko sobie radziły z tutejszymi dialektami. Marine powstrzymał się od zadawania zbyt skomplikowanych pytań wiedząc, że to i tak do niczego go nie doprowadzi, zamiast tego wskazał palcem dłoni na zachód.
Mężczyzna przytaknął, energicznie potrząsając głową. Festermus kojarzył, że „stalowi na kołach i dym”, to wojownicy Chaosu z pojazdami. Ta informacja niezmiernie go ucieszyła, uruchomił interkom przywołując Marine odpowiedzialnego za łączność.
- Celetus, połącz się z grupą gości na zachód od nas, przedstaw standardową procedurę i zapytaj jak daleko są.
- Panie – odparł natychmiast, wywołany wojownik. - Właśnie przechwyciłem ich meldunki, nie wygląda to dobrze.
.....W niespełna godzinę później, Festermus otworzył właz Rhino i wystawiwszy przezeń głowę, przyjrzał się dokładniej armii maszerującej ku niemu. Czempion miał przeczucie i nie brał ze sobą Octaviusa, oczywiście poinformował go o fakcie pojawienia się kolejnej grupy Death Guard, ale sam Octavius nie przejawiał żadnego zainteresowania tą sprawą.
Gdyby nie fakt, że Festermus znał szczątkowo treść rozmów prowadzonych między oficerami nowej grupy, ucieszyłbysię na ich widok. Potężny Defiler, kilka czołgów, otoczony chmurą zgniłego dymu Landrider, zastępy mutantów, horda spawnów, legion żołnierzy, Astartes, zombi, cała ta zróżnicowana grupa robiła niesamowite wrażenie.
Festermus musiał pogodzić się z faktem, że jeśli nie uda mu się za chwilę przekonać przywódców tej armii do połączenia z nim sił, będzie musiał stawić im czoło w bitwie, której finał był do przewidzenia. Czempion rozkazał kierowcy podjechać jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie Rhino się zatrzymał i oczekiwał.
.....Z przeciwnej strony wyjechał Landrider, Festermus nie spodziewał się, żeby było inaczej, zmienił kanał na wewnętrzny w komunikatorze i poinstruował kierowcę.
- Odwróć się do nich tyłem, granaty w pogotowiu, wszystkie systemy bojowe wyłącz, mamy wyglądać jak szczyt pacyfizmu.
Podczas gdy transporter niespiesznie się odwracał, pojazd gości podjechał na dziesięć metrów do niego i zatrzymał się. Oblepiona śluzem paszcza Landrider'a otworzyła się ze zgrzytem, w jej wnętrzu pokazały się trzy postaci, Marine w towarzystwie dwóch terminatorów.
Festermus obrócił się we włazie, postanowił nie wychodzić z pojazdu, zamiast tego wszedł na stopień drabinki i usiadł na brzegu włazu. Gość widząc to, zatrzymał się na rampie swojego transportera, najwyraźniej również nie miał zamiaru ryzykować otwartej rozmowy.
.....Czempioni nie chcieli krzyczeć do siebie, połączyli się w zamian na kodowanym kanale i rozmowę toczyli przez komunikator. Pierwszy odezwał się Festermus, jako, że to on zainicjował spotkanie wcześniej dowiedziawszy się, że stojąca przed nim armia ma za cel zniszczyć go i jego sojusz.
- Witaj Mathjas, to dobrze, że postanowiłeś rozwiązać to bez zbędnego użycia siły.
- Chciałem się przekonać osobiście, czy moi bracia mieli co do ciebie rację. - zachrzęścił w interkomie głos czempiona, który dla zobrazowania swojej wypowiedzi, wycelował w Festermusa swój zaśniedziały topór.
- Cóż takiego twoi bracia ci o mnie opowiedzieli... - Festermus chciał jak najwięcej dowiedzieć się o motywach Mathjasa. -...i kim są ci bracia, znam ich?
- Trudno orzec, od czasu lądowania na tej pachnącej planecie, zdawałeś się zapomnieć o nas wszystkich, aż dziw, że zapamiętałeś moje imię. - stwierdził czempion opuszczając nieco głowę, tak jakby oglądał czubki swoich butów.
- Jednak to bez znaczenia, jak już wcześniej wspomniałem, chciałem się tylko upewnić co z tobą, tyle, że teraz to nieistotne, wykorzystam okazję i tak jak ty rok temu na okręcie przejąłeś władzę mamiąc nas swoimi przechwałkami, tak teraz ja zrobię dokładnie to samo tutaj...
- Szykuj się... - warknął Festermus do kierowcy, zmieniając kanał na kilka sekund. Niestety, Mathjas musiał usłyszeć trzask zmiany kanału w głośniku i momentalnie zniknął w ciemnym wnętrzu swojego transportera, osłaniany dla pewności przez terminatorów.
.....Granaty wystrzeliły niemal w tym samym momencie, Rhino spowił gęsty dym, osłaniając jego gwałtowną ucieczkę. Festermus niemal wypadł z włazu, najszybciej jak się dało zsunął się do wnętrza i wcisnął w fotel radiooperatora.
Kilka razy Rhino prawie się wywrócił, kierowca jechał wężykiem, jednak eksplodujące dookoła pociski podrzucały go niczym szmacianą piłkę. Najgorszy moment ucieczki nastąpił wtedy, gdy pancerz przeorał na wylot promień lasera, który nie zatrzymał pojazdu, ale czempionowi dał wiele do myślenia. Szykowało się ciężkie, a zarazem ciekawe starcie. Sojusz nie miał szans przeciwko tak silnemu zgrupowaniu, ale tylko jeden z przeciwników stanowił problem, resztę można było spróbować przeciągnąć na właściwą stronę.
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#20 » czw sie 09, 2018 6:57 pm

ODCINEK CZWARTY "Jedna droga, wspólny cel."

Octavius wyrusza na północ z transportem mizernej ilości zasobów, które udało się aliantom zebrać podczas tygodniowego pobytu na przedmieściach zrujnowanej osady. Festermus tymczasem, osłaniając tyły, napotyka duży problem, w postaci sporej grupy Death Guard, dowodzonej przez czempiona Vexa, usiłującego złapać i zniszczyć Festermusa. Dochodzi do nierównej, bratobójczej walki.
Zdobyta Chwała:
Festermus 8pkt (łącznie 19pkt)
Octawius 0pkt (łącznie 9pkt)

.....Mathjas Vex postawił sprawę jasno, władza nad siłami Chaosu na planecie może należeć tylko do jednego czempiona, nie wiadomo jednak było, dlaczego był tego taki pewien. Landrider wypuścił gęste kłęby dymu z rur wydechowych, silnik zadygotał niepewnie, a gąsienice z wielkim trudem i w akompaniamencie przeraźliwego skrzypienia zaryły się w miękką glebę. Rhino tymczasem oddalał się z pełną prędkością, siedzący wewnątrz Festermus, oczekiwał na kanonadę broni pokładowych pojazdu wroga. Tymczasem, raptem jedna, niecelna seria z ciężkiego boltera przecięła powietrze i na tym się skończyło.
Wyglądało na to, że Landriderem sterował Duch Maszyny, co oznaczało, że pojazd był w tak kiepskim stanie, iż zwykły śmiertelnik nie mógłby go już skutecznie prowadzić.
.....Czempion zerknął przez wizjer włazu do tyłu, fala oddziałów Mathjasa posuwała się do przodu, w kierunku opuszczonego przedmieścia, Octaviusa i jego kultystów nie było widać, prawdopodobnie zdążyli już wyjechać za mur z obładowanymi furmankami i kilkoma ciężarówkami. Festermus cieszył się w duchu z nieobecności swojego tymczasowego sojusznika, mógł on w tej delikatnej sytuacji tylko zaszkodzić.
Raz jeszcze Chaotyk zerknął w wizjer obserwując, jak jeden z Astartes, dowodzących oddziałem renegatów, kręcąc głową patrzył w ziemię, pod nogi, idąc z widocznym brakiem zdecydowania.
.....To była bardzo cenna wskazówka dla Festermusa, morale pośród jego dawnych podwładnych było bardzo niskie, może i Vex zajął jego miejsce, przywłaszczył sobie jego pozycję, ale na pewno nie uzyskał pełni poparcia wśród Marines.
Przypomniawszy sobie, że kanały wrogiej łączności nie są szyfrowane, przemówił do wszystkich, którzy mogli go usłyszeć.
.....Festermus zawsze wiedział, jak dotrzeć do swoich podwładnych, był doskonałym oratorem, znał czułe punkty, w które należy uderzać odpowiednio skonstruowanymi zdaniami. Teraz było mu o wiele łatwiej, przemawiał do wojowników, którzy nie byli mu obcy, niektórzy nawet mogliby uchodzić dla niego za przyjaciół.
.....Wzniosłe słowa poszybowały przez eter, niekończąca się litania zapewnień, obietnic i nawoływań do przeszłości, uderzyła w zdezorientowane umysły.
Pierwszym celem, w który skutecznie ugodziły słowa Festermusa była gwardia przyboczna Mathjasa Vexa, którą stanowiło pięciu terminatorów, weteranów niezliczonych bitew, w których to służyli wcześniej Festermusowi. Teraz, gdy ich umysły przepełniły słowa otuchy i siły, wypowiadane przez czempiona, w którego obronie stawali nie raz, ryzykując życiem i nie raz będąc ratowanym przez niego, Astartes zwątpili. Terminatorzy wyszli z Landridera, Vex rozkazał szarżę na Rhino, najwyraźniej zdecydowany zakończyć bitwę jednym szturmem.
Tymczasem, spomiędzy zgliszczy wyszedł mu naprzeciw Skyrax w towarzystwie kilku marines, Vex spodziewał się, że jego obstawa zajmie się tym problemem, jednak terminatorzy znieruchomieli, patrząc na wychodzącego z Rhino Festermusa.
.....Skyrax nie czekał na reakcję weteranów, wyzwał Mathjasa do pojedynku głośno krzycząc i zaszarżował.
Całe przedmieście ogarnął istny chaos, kilku Astartes nie wiedząc co robić, zatrzymało swoje oddziały, część młodszych wojowników parła nadal do przodu, zgodnie z wolą Vexa, jednak kilku najwyraźniej zmieniło front i ich jednostki zaatakowały znienacka lojalnych wobec Vexa. Rozpoczęła się bratobójcza walka, w której nikt nie potrafił rozpoznać wroga, ani sojusznika. Na wszelki wypadek każdy strzelał do każdego, wojownicy rąbali na lewo i prawo swoją bronią, mając nadzieję, że trafią tych „złych”.
Frstermus widział to wszystko i zdawał sobie sprawę, że jeśli nie zakończy tej bitwy jak najszybciej, straci zarówno sojuszników, jak i tych, którzy sojusznikami mogą stać się na powrót. Czempion dołączył do Skyraxa, który najwyraźniej nie radził sobie w walce z Vexem. Festermus biegnąc do walki, nawoływał terminatorów, by nie pozostawali bezczynni, by pomogli zrzucić okowy, jakie nałożył na nich zdradziecki Vex.
.....Walka się przedłużała, Vex okazał się godnym przeciwnikiem, dodatkowo, przyparty do kadłuba czołgu, otoczony przez terminatorów, nie miał innego wyjścia jak walczyć zajadle ze znienawidzonymi Festermusem i Skyraxem. Szło mu nieźle, jego topór co chwilę mijał o centymetry głowę Festermusa, kilka razy wbijając się też w ciało wolniejszego Skyraxa. Niestety, każda finta, każda kontra, każdy udany blok w tym tytanicznym starciu oznaczał dziesiątki martwych Chaotyków, wyrzynających się wzajemnie pomiędzy ruinami.
.....Dopiero, gdy energetyczne pazury jednego z terminatorów, przebiły się prze zmutowany pancerz Mathjasa Vexa zabijając go na miejscu, przez pole bitwy przetoczył się szmer zdziwienia, zadowolenia, rozczarowania i nadziei.
Festermus odzyskał sporą grupę sojuszników, jednak wielkim kosztem. Pobici, pozbawieni resztek amunicji, ranni, ale zjednoczeni, Death Guard pomaszerowali na północ.
Festermus, siedząc na włazie zdobycznego Landridera, w ciszy świętował jedno z największych swoich zwycięstw.


Obrazek
Oddziały Mathjasa Vexa gotowe do natarcia, sam czempion, w obstawie terminatorów, w pośpiechu wsiada do Landridera, by dogonić Rhino, w którym ucieka Festermus.

Obrazek
Landrider, choć najwyraźniej mocno uszkodzony, prze do przodu. Niewielkie grupki marines Festermusa, mają nadzieję zniszczyć go w zasadzce.

Obrazek
Reszta renegatów z armii Vexa, nieskładnie i bez przekonania rusza do przodu. Niektórzy marines dowodzący poszczególnymi oddziałami, mają tak wielkie wątpliwości, że do walki maszerują ospale, lub wcale nie idą powodując, że szeregi atakujących rwą się na strzępy.

Obrazek
Vex wysiada z transportera, jego obstawa, składająca się z samych weteranów, daje się zmanipulować Festermusowi, który przemawia do nich, obiecując dawną siłę i chwałę. Skyrax, podwładny Festermusa, wykorzystuje dekoncentrację terminatorów i szarżuje na zszokowanego Vexa, usiłującego na powrót wejść do pojazdu.

Obrazek
Festermus wychodzi z Rhino i stojąc na stercie gruzu, przez radio przemawia do wszystkich na polu bitwy. Żarliwa przemowa trafia w zgniłe serca większości marines, Vex traci oddziały jeden za drugim, do niedawna lojalne wobec niego. Niestety, nie wszyscy dali się przekonać słowom Festermusa, rozpoczyna się bratobójcza rzeź.

Obrazek
Pada jeden z najwierniejszych Astartes Vexa, osłaniający go terminatorzy tracą motywację, przechodząć na stronę Festermusa.

Obrazek
Przedmieścia zamieniają się w kwintesencję Chaosu, każdy bije każdego, wszyscy strzelają do wszystkich, rozróżnić sojusznika od wroga jest już nie sposób. Kończy się amunicja, w ruch idą kolby karabinów, noże, miecze i topory.

Obrazek
Najbardziej lojalne Vexowi okazują się demony, oraz sorcerer Cronk, który je przywołał. Na szczęście dla Festermusa, dron ogłuszył Cronka i przynajmniej Plaguebearers się powstrzymali od walki, w przeciwieństwie do nurglingów, które zaciekle usiłowały zepsuć drona.

Obrazek
W końcu, po długim i ciężkim pojedynku, Festermus i Skyrax, wspierani przez terminatorów pokonują Mathjasa Vexa. Zdradziecki czempion pada martwy, jego zwolennicy całkowicie tracą ducha walki, a Festermus świętuje wygrane starcie i odbicie starych sojuszników.

PS. Zajebista bitwa Omadanie, miałeś być przytłoczony przewagą liczebna wroga, jednak nie spodziewałem się, że przewaga będzie "aż tak" przeważająca :D
Na szczęście reszta scenariusza zadziałała prawidłowo, uśmialiśmy się jak za starych dobrych czasów. Bawiłem się przednio, warto poświęcić trochę swojego czasu dla takich ludzi jak Ty.
Do zobaczyska w następnym odcinku, oby Kol dał radę tym razem do nas dołączyć.
Ostatnio zmieniony pt sie 10, 2018 1:14 pm przez Raziel, łącznie zmieniany 1 raz.
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
blackout_sys
Posty: 475

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#21 » pt sie 10, 2018 8:12 am

Raziel pisze:Festermus tymczasem, osłaniając tyły, napotyka duży problem, w postaci sporej grypy Death Guard


Niezamierzone, ale w sumie się wpasowało :mrgreen:

Czego używasz Razielu jako bazy zasad pod Twoich Lost and the Damned? Starego PDFa przerobiłeś na najnowsze zasady, czy korzystasz z tej listy kultystów z jednego z Indexów Imperial Armour?

Awatar użytkownika
Raziel
Posty: 1026

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#22 » pt sie 10, 2018 1:26 pm

Dzięki Black za wyłapanie grypy, babol poprawiłem, choć rzeczywiście, w tym przypadku wcale nie raził po oczach tak bardzo ;)

Co do twojego pytania odnośnie Lostów... Black, już Ci kiedyś tłumaczyłem, osiągnąłem jedność z istotą problemu, całość z niekompletnością, widzę czego niema i tworzę co ma być. Sztywne zasady, ustalone przez ludzi nie ograniczają mnie. Jestem ponad przyziemne tabelki, rubryczki, statystyczki i inne pierdolniczki uprzykrzające zabawę. Jestem Panem tego co sam tworzę, mam ostatnie słowo w każdym zdaniu, jestem po prostu superfajny!

...a tak zupełni poważnie, to mieszam sobie dowolnie kodeksy Death Guard z Astra Militarum, CSM i wspomnianym przez Ciebie starym TLatD, bo mogę.
Palić! Mordować! Gwałcić! Rabować!

Awatar użytkownika
blackout_sys
Posty: 475

Re: "Wróg Mojego Wroga" minikampania.

Post#23 » pt sie 10, 2018 1:38 pm

No i pięknie! Lajkuję!

Wróć do „Raporty i fluff”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość